Wojtek Fibak

Sylwetki polskich graczy.
Art
Posty: 672
Rejestracja: 18 lip 2011, 17:25

Wojtek Fibak

Post autor: Art » 22 lip 2011, 20:12

Obrazek

Wojciech Fibak (ur. 30 sierpnia 1952 w Poznaniu) - polski tenisista, finalista Masters i ćwierćfinalista trzech turniejów wielkoszlemowych w grze pojedynczej (często błędnie podawana jest informacja o jego udziale w ćwierćfinale Australian Open). Zwycięzca Australian Open w grze podwójnej, biznesmen.

Gra pojedyncza :
Wygrane turnieje 15
Najwyżej w rankingu 10 (25/07/1977)
Australian Open 3R (1978)
Roland Garros QF (1977, 1980)
Wimbledon QF (1980)
US Open QF (1980)
Gra podwójna
Wygrane turnieje 52
Najwyżej w rankingu 19 (4/02/1985)
Australian Open W (1978)
Roland Garros F (1977)
Wimbledon SF (1978)
US Open SF (1978)
Awatar użytkownika
jaccol55
Posty: 6226
Rejestracja: 15 lip 2011, 7:59

Re: Wojtek Fibak

Post autor: jaccol55 » 22 lip 2011, 20:12

Wojciech Fibak: Federera nikt nie atakuje

Obrazek

- Po odejściu Pete'a Samprasa nie ma ani jednego klasowego tenisisty, który po serwisie ruszyłby do siatki, a tylko tak można pokonać Rogera Federera. Szwajcar sam już nie atakuje, bo nie musi. Wygodniej mu stać z tyłu kortu - mówi Sport.pl i "Gazecie Wyborczej" Wojciech Fibak

Jakub Ciastoń: Czy po 15. wielkoszlemowym zwycięstwie Rogera Federera można stwierdzić, że jest najlepszym tenisistą w historii?

Wojciech Fibak: - W dzisiejszych czasach, gdy wygrane szlemy stały się najważniejszą miarą wielkości tenisistów, Federer jest oczywiście największy. Ale warto pamiętać, że np. Jimmy Connors wygrał najwięcej turniejów [147, w tym 109 ATP, Federer 60], a Rod Laver w latach 1963-68 nie mógł startować w szlemach, bo przeszedł na zawodowstwo. Razem z innymi Australijczykami walczył o prawo do zarabiania pieniędzy na tenisie. Laver był wtedy najlepszy i gdyby rocznie wygrał tylko dwa szlemy, uzbierałby dodatkowe 12. Razem miałby więc 23 tytuły i na liście wszech czasów byłby przed Federerem.

Laver grał w czasach drewnianych rakiet, leciutkiego przebijania piłki za siatkę. Teraz są kosmiczne prędkości, rakiety...

- Hipotetyczny mecz Federera z Laverem byłby wyrównany i Australijczyk mógłby wygrać. Potrafił wszystko, jak dziś Szwajcar. W Toronto zdmuchnął mnie z kortu, oddając jednego gema. Wiele lat później grałem z Agassim i szczerze mówiąc, kunszt Lavera robił na mnie większe wrażenie. To techniczny geniusz, leworęczny, z bajecznymi podcinanymi uderzeniami, wolejami, niezwykle wszechstronny, chyba jako pierwszy grał też top-spinem. Do tego bardzo odporny psychicznie, jak dziś Nadal czy kiedyś Connors.

Można porównywać różne epoki tenisowe? Jak stwierdzić, czy gracze sprzed 30-40 lat i Federer grali na zbliżonym poziomie?

- Da się to zrobić, bo można zbudować most łączący pokolenia. Laver, Rosewall czy Roche grali w późniejszym okresie kariery z Connorsem. To były zacięte mecze. Connors grał potem takie z Borgiem i McEnroe, a ten ostatni z Beckerem i Agassim. Federer z Agassim grał ciężkie pięciosetówki. To jest klamra, która wszystko spina i pokazuje, że drewniane rakiety nie mają nic do rzeczy. Teraz są inne naciągi, szybsze rakiety, lżejsze piłki, łatwiej się uderza i zdobywa punkty, ale na stykach pokoleń zawsze dochodziło do pojedynków między najlepszymi i były one zacięte. Gdyby na Federera wystawić 35-letniego Connorsa, to też mielibyśmy pięć setów. Szwajcar miałby problemy z returnami, precyzją i drapieżnością Amerykanina. Wielkość Federera polega m.in. na tym, że kocha historię. Na konferencji po Wimbledonie nie wywyższał się, że jest najlepszy, ale z uznaniem mówił o Beckerze, Borgu czy Laverze. Czuje niuanse różnych epok.

Federer wygrał z Samprasem w Wimbledonie. Można ocenić, który był lepszy?

- W 2001 r. Sampras przegrał w pięciu setach, ale gdyby zagrali 10 razy, to dziewięć wygrałby Amerykanin. Federer zagrał wtedy ekstremalnie ofensywnie. Sampras miał w piątym secie wygrany mecz, ale Federer zwyciężył, ryzykując atakiem po drugim serwisie. Musiał tak grać, bo gdyby stał z tyłu kortu, za chwilę miałby Samprasa z nosem w siatce. Dziś nikt nie atakuje Federera i dlatego tak dominuje.

Ofensywa jest aż tak ważna?

- Tak, bo po odejściu Samprasa nie ma w czołówce nikogo, kto po serwisie szedłby do siatki, a tylko tak, szczególnie w Wimbledonie, można pokonać Federera. Szwajcar mógłby atakować, ale tego nie robi, bo już nie musi. Ma za rywali Nadala, Murraya i Djokovicia. Wszyscy grają z kontry, defensywnie, a ostatnia dwójka czasem nawet asekurancko. Federer jest najszybszym, najlepiej poruszającym się tenisistą. Do tego ma olbrzymi arsenał zagrań. Ma też serwis, który generuje więcej asów niż w czasach Samprasa, bo rakiety i piłki są szybsze. Dlatego zostaje z tyłu, bo tak mu wygodniej. Dla mnie bohaterem Wimbledonu był Roddick, bo grał najodważniej. Mógł nawet wygrać finał.

Zwolennicy Samprasa twierdzą, że Amerykanin miał większą konkurencję niż teraz Federer.

- Od lat 70. do 90. w Wimbledonie była szybsza trawa. Sprzyjała ofensywie. I było więcej światowej klasy talentów, potrafili atakować i byli bardzo groźni. Gdy Becker i Sampras wygrywali Wimbledon, musieli ograć Edberga, Raftera, Ivanisevicia, Krajicka, Sticha. Wcześniej był Borg, Connors, McEnroe. Kiedyś przed Wimbledonem nie dało się przewidzieć, kto wygra. Konkurencja na pewno była większa. Teraz nie widać w ogóle ofensywnych tenisistów. Po serwisie do siatki chodzi może Ivo Karlović, ale to nie ta klasa.

Z Nadalem i Murrayem Federer ma więcej porażek niż zwycięstw. Ten argument też jest podnoszony w dyskusji nad jego wielkością.

- Sampras z Agassim wygrał większość pojedynków. Laver też dominował. Nie chcę tego nazwać szczęściem, ale ostatnie dwa turnieje ułożyły się pod Federera. Nadal w Paryżu był bez formy, a potem okazało się, że rozwodzą się jego rodzice, miał więc też zszargane nerwy. W Londynie nie zagrał, a Murray, który ma lepszy bilans ze Szwajcarem, nie doszedł do finału. Ale z drugiej strony pokazuje to, jak wielkim profesjonalistą jest Federer. Wygrał 15 szlemów w sześć lat. Właściwie nigdy nie miał kontuzji, nie był chory. To wielka sztuka. Sampras nie miał tak profesjonalnego podejścia. Do Rolanda Garrosa przygotowywał się z przymrużeniem oka.

Federer wygra kolejne szlemy?

- Tak. Ma przed sobą jeszcze kilka lat gry. Na US Open będzie faworytem, ale bardzo groźni będą Roddick i Murray. Czekam też na powrót Nadala.
sport.pl
Awatar użytkownika
DUN I LOVE
Administrator
Posty: 64674
Rejestracja: 14 lip 2011, 21:04
Lokalizacja: Warszawa

Re: Wojtek Fibak

Post autor: DUN I LOVE » 22 lip 2011, 20:13

Fajny wywiad. Facet otworzył mi oczy - ten Federer to cienias jakiś :D
MTT - tytuły (17)
2017 (1) Cincinnati M1000
2016 (1) Sankt Petersburg
2015 (1) Rotterdam
2013 (3) Montreal M1000, Rzym M1000, Dubaj
2012 (1) Toronto M1000
2011 (4) Waszyngton, Belgrad, Miami M1000, San Jose
2010 (2) Wiedeń, Rotterdam
2009 (2) Szanghaj M1000, Eastbourne
2008 (2) US Open, Estoril


MTT - finały (21)
2018 (3) Sankt Petersburg, Stuttgart, Marsylia
2017 (2) Sztokholm, Indian Wells M1000
2016 (2) Newport, Rotterdam
2015 (1) Halle
2014 (1) Tokio
2013 (2) Basel, Kuala Lumpur
2011 (3) WTF, Cincinnati M1000, Rzym M1000
2010 (2) Basel, Marsylia
2009 (4) WTF, Stuttgart, Wimbledon, Madryt M1000
2008 (1) WTF
Awatar użytkownika
Robertinho
Posty: 16273
Rejestracja: 15 lip 2011, 16:13

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Robertinho » 22 lip 2011, 20:14

Nie wiedziałeś o tym?! A co powiedzieć o tych leszczach, którym wlepiał sety do zera? Hewitt, Roddick, Agassi, Nadal, wszystko nędza. Agassi zreszta na pewno jest podwójnie załamany, bo na Fibaku wrażenia nie zrobił. :( Laver ma u mnie dodatkowego plusa. Za zlanie wojtkowej pupy. :good:
Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie.
Awatar użytkownika
asiek
Posty: 620
Rejestracja: 19 lip 2011, 21:08

Re: Wojtek Fibak

Post autor: asiek » 22 lip 2011, 20:14

I po raz kolejny owy znawca doprowadza mnie do śmiechu.

1. Porównanie dwóch epok tenisowych jest żałosne. W trakcie tych 40-50 lat zmieniło się tyle co od epoki kamienia łupanego do teraz.
2.
Federer jest najszybszym, najlepiej poruszającym się tenisistą.
Nie zgadzam się zupełnie co do obu tych zdań. Federer porusza się dobrze ale do Nadala mu daleko.

3.
Jak, bo po odejściu Samprasa nie ma w czołówce nikogo, kto po serwisie szedłby do siatki, a tylko tak, szczególnie w Wimbledonie, można pokonać Federera. Szwajcar mógłby atakować, ale tego nie robi, bo już nie musi. Ma za rywali Nadala, Murraya i Djokovicia. Wszyscy grają z kontry, defensywnie, a ostatnia dwójka czasem nawet asekurancko. [...]Dla mnie bohaterem Wimbledonu był Roddick, bo grał najodważniej. Mógł nawet wygrać finał.
Właśnie było widać jak Roddick grał odważnie. Poza serwisem zachowawczo, z kontry, dawał popełniać błędy Rogerowi.
Awatar użytkownika
jaccol55
Posty: 6226
Rejestracja: 15 lip 2011, 7:59

Re: Wojtek Fibak

Post autor: jaccol55 » 22 lip 2011, 20:15

O tym jak pokochał tenis, o znajomości z Romanem Polańskim, o początkach kariery i dlaczego córki nie poszły jego śladem - opowiada Wojciech Fibak w wywiadzie dla "Magazynu Sportowego".


- Na podwórku grałem w piłkę ze starszymi chłopakami. Miałem do tego smykałkę, szybkie nogi, ale byłem filigranowy. I wracałem do domu poobijany. Kiedy przyszedłem raz z zakrwawionym nosem, ojciec powiedział: "Koniec, teraz tenis. Tam od rywala oddziela siatka, jest lepsze towarzystwo, chłopcy są na wyższym poziomie" (...).
- To ważne, żeby wybronić Romana z więzienia, choć z wyraźnym wskazaniem na winę. Boję się, żeby to się u niego nie skończyło zawałem albo nawet próbą targnięcia się na życie (...).

- Kiedy jako junior, 18-latek, pojechałem na Wimbledon i Roland Garros zobaczyłem, że moje jedyne marzenie to zostać tenisistą. Zainteresowanie mediów, trybuny pełne eleganckiej publiczności, gwiazdy kina, biznesu i sami tenisiści... Chciałem być częścią tego. Nie można sobie wymyślić lepszego zajęcia. Wygrywać, być sławnym, niezależnym, zarabiać na tyle dużo, by kupić dom i obrazy. Wymyśliłem sobie to wszystko już jako 18-latek. Spełniło się, kiedy miałem lat 23. Dopiero wtedy się przebiłem (...).

- Moje córki mieszkały w Paryżu w XVIII-wiecznym domu, chodziły do najlepszych szkół, były wożone przez kierowców, w Greenwich miały basen wewnętrzny, basen zewnętrzny. To osłabia motywację. Poza tym, jeżeli nie ma iskry bożej, to z dzieckiem trzeba dużo pracować, jak najwcześniej zacząć. Od naszych dziewczynek nikt tego nie oczekiwał. Często dzieci osób, które osiągnęły sukces, wpadają w tarapaty: alkohol, narkotyki, złe towarzystwo. Ja jestem dumny z córek, bo wyrosły na normalne dziewczyny.

Cały wywiad w piątkowym "Magazynie Sportowym" wraz z "Przeglądem Sportowym".
Art
Posty: 672
Rejestracja: 18 lip 2011, 17:25

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Art » 22 lip 2011, 20:16

Awatar użytkownika
Joao
Posty: 6462
Rejestracja: 17 lip 2011, 8:19

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Joao » 22 lip 2011, 20:17

http://www.sportowefakty.pl/tenis/2009/ ... w-masters/
Orantes wspomina finał z Fibakiem w Masters

W grudniu 1976 roku miał miejsce największy finał w historii zawodowego polskiego sportu: Wojciech Fibak przegrał w Masters w Houston z Hiszpanem Manuelem Orantesem. Ten ma zupełnie inne od poznanianina wspomnienia z tego meczu.
Orantes pokonał Polaka 5:7, 6:2, 0:6, 7:6, 6:1. - Pamiętam, że miałem w tym meczu wiele problemów. Przegrywałem jednym setem do dwóch, a w kolejnym było 1:4. Musiałem to odwrócić - wspomina na antenie RadioMARCA.

Czwarty set przeszedł do historii polskiego tenisa. Losy meczu miała zmienić ponoć uwaga Kirka Douglasa ("nie przejmuj się Orantes, trudno, przegrałeś, ale podnieś głowę"), którą nagłośniono w hali. - On pobudził Orantesa do walki w niemal przegranym meczu - mówił po latach Fibak.

Numer jeden polskiego tenisa przyznaje, że gdyby nie niewinny wywiad ze słynnym aktorem, zdobyłby wtedy tytuł. - Sugerowano mi, by za ten incydent zaskarżyć organizatorów turnieju, ale główną przyczyną przykrej przegranej był mój pięciosetowy mecz z poprzedniego dnia z Vilasem - utrzymuje.

W fazie grupowej Polak wygrał z Orantesem. - To był dla mnie w ogóle ciężki tydzień, bo oprócz Fibaka musiałem pokonać takich zawodników jak Eddie Dibbs, Roscoe Tanner czy Harold Solomon. To była dla mnie wielka radość - przyznaje Hiszpan.

- Ważne, by tam być, bo wygrać w gronie takich rywali to naprawdę ciężka sprawa - mówi. W Masters wystąpił siedem razy. - To szczególnie trudny turniej dla Hiszpanów, bo rozgrywany jest na szybkich, twardych nawierzchniach - tłumaczy.

Pochodzi z Granady, rocznik 1949. Na rok przed Masters (1975) wygrał US Open. Przez 16 lat zawodowej kariery zdobył w sumie 33 tytuły w singlu i 22 w grze podwójnej. Był wiceliderem rankingu ATP. W 1967 roku wystąpił w barwach Hiszpanii w finale Pucharu Davisa przeciw Australii w Brisbane.

Na pytanie czy zgadza się ze stwierdzeniem, że Rafael Nadal jest najlepszym hiszpańskim tenisistą w historii, odpowiada: - Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Przemawiają za nim wyniki już w wieku 23 lat, a ile jeszcze przed nim. Mimo, że trudno jest porównywać epoki, to musimy zdać sobie sprawę, że dziś tenis jest o wiele bardziej wymagający niż kiedyś.
Awatar użytkownika
DUN I LOVE
Administrator
Posty: 64674
Rejestracja: 14 lip 2011, 21:04
Lokalizacja: Warszawa

Re: Wojtek Fibak

Post autor: DUN I LOVE » 22 lip 2011, 20:18

Nie chcę off-topować ale Orantes zabrał głos w powszechnie debatowanej sprawie..
Na pytanie czy zgadza się ze stwierdzeniem, że Rafael Nadal jest najlepszym hiszpańskim tenisistą w historii, odpowiada: - Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Przemawiają za nim wyniki już w wieku 23 lat, a ile jeszcze przed nim. Mimo, że trudno jest porównywać epoki, to musimy zdać sobie sprawę, że dziś tenis jest o wiele bardziej wymagający niż kiedyś.
A Pan Wojtek pewnie zaprzeczy, bo stwierdził niedawno, że 35-letni Connors vs Federer to gwarantowane 5 setów.
MTT - tytuły (17)
2017 (1) Cincinnati M1000
2016 (1) Sankt Petersburg
2015 (1) Rotterdam
2013 (3) Montreal M1000, Rzym M1000, Dubaj
2012 (1) Toronto M1000
2011 (4) Waszyngton, Belgrad, Miami M1000, San Jose
2010 (2) Wiedeń, Rotterdam
2009 (2) Szanghaj M1000, Eastbourne
2008 (2) US Open, Estoril


MTT - finały (21)
2018 (3) Sankt Petersburg, Stuttgart, Marsylia
2017 (2) Sztokholm, Indian Wells M1000
2016 (2) Newport, Rotterdam
2015 (1) Halle
2014 (1) Tokio
2013 (2) Basel, Kuala Lumpur
2011 (3) WTF, Cincinnati M1000, Rzym M1000
2010 (2) Basel, Marsylia
2009 (4) WTF, Stuttgart, Wimbledon, Madryt M1000
2008 (1) WTF
Robert
Posty: 262
Rejestracja: 21 lip 2011, 19:35

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Robert » 22 lip 2011, 20:18

Wypowiedzi pana Fibaka są irytujące, ale tutaj ma rację. Owszem jeden mecz mniej ale jakie ma to znaczenie? 1/8 to 1/8. http://www.atpworldtour.com/Tennis/Play ... &m=s&e=580
Awatar użytkownika
Wujek Toni
Posty: 4723
Rejestracja: 19 lip 2011, 18:17

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Wujek Toni » 22 lip 2011, 20:18

Właśnie teraz przeczytałem o tych 5-setach z Connorsem i nadal nie mogę się opanować hahaha
"Zabrałem kiedyś Rafaela wraz z Pico Monaco na ryby. Pamiętam, że chłopcy niezwykle radowali się na myśl o spędzeniu w taki sposób tamtego poranka - lato miało się już ku końcowi i była to jedna z ostatni okazji, by złowić kilka moren przed zamknięciem sezonu. Przypominam sobie bardzo dokładnie moment, gdy Rafael próbował po raz pierwszy zarzucić swoją wędkę , siedząc na skraju barki. Samą czynność wykonał nienagannie - widać było gołym okiem, że chłopak ma do wędkarstwa talent i czerpie z niego wielką przyjemność. Mimo to nie omieszkałem zbliżyć się do mojego bratanka, po czym chwyciłem go dosyć łagodnie, acz pewnie za muskularne prawe ramię, którym to przed chwilą zarzucił energicznie żyłkę wraz ze spławikiem i rzekłem: 'Którą ręką Cię uczyłem?'" Toni Nadal, Życie moje
Awatar użytkownika
jaccol55
Posty: 6226
Rejestracja: 15 lip 2011, 7:59

Re: Wojtek Fibak

Post autor: jaccol55 » 22 lip 2011, 20:19

Fibak zazdrosny o wyniki Kubota w Melbourne

Wojciech Fibak z zazdrością patrzy na postępy Łukasza Kubota w Australian Open. Najbardziej utytułowany polski tenisista w historii właśnie stracił na rzecz młodszego kolegi pierwszy ze swoich rekordów. Kubot jest pierwszym Polakiem, który przeszedł w Melbourne trzy rundy.

Fibak, który w swojej bogatej karierze docierał do ćwierćfinałów Rolanda Garrosa, Wimbledonu i US Open, w Australii osiągnął tylko najlepszą szesnastkę. Czyli dokonał tej samej sztuki co Kubot, z tym że ten drugi miał do rozegrania jeden mecz więcej. Od czasów Fibaka turnieje wielkoszlemowe zdążyły się rozrosnąć.

W rzeczywistości Kubot rozegrał dwa mecze, bo trzeci wygrał bez wychodzenia na kort. Walkowerem poddał go Michaił Jużny, który nie był w stanie grać przez kontuzję nadgarstka.

O rekordzie odebranym Fibakowi przez aktualnie 86. tenisisty na świecie wspomniał komentujący Australian Open na antenie Eurosportu Karol Stopa. Wiadomość oburzyła Wojciecha Fibaka, który przekonuje, że Łukasz Kubot tylko wyrównał jego osiągnięcie.

Szansę na uciszenie tych dywagacji Kubot będzie miał w nocy z niedzieli na poniedziałek. Polak trafił na Novaka Djokovicia, który w Australii jest numerem trzy. Kubot jest zresztą zawodnikiem z najniższym rankingiem w finałowej szesnaste. Obok polskiego tenisisty nierozstawiony jest tylko wielkolud Ivo Karlović, który w rankingu ATP ma 39. miejsce.
http://www.tenisowy.com/news/1319/fibak ... _melbourne
Art
Posty: 672
Rejestracja: 18 lip 2011, 17:25

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Art » 22 lip 2011, 20:19

Fibak dla eurosport.pl: Kubot jest pewny jak nigdy

- Łukasz z jednej strony ma już 27 lat, ale przecież to jest dopiero jego pierwszy sezon w czołowej setce rankingu. Psychicznie i fizycznie, to on jest młody. Nie ma za sobą dziesięciu lat podróży i wyczerpania, a teraz nabrał pewności siebie - mówi w rozmowie z eurosport.pl Wojciech Fibak.

Z Wojciechem Fibakiem, legendą polskiego tenisa, rozmawiają Krzysztof Srogosz i Piotr Kaszubski.

Po południu widzieliśmy świetny mecz w ćwierćfinale Australian Open. Jo-Wilfried Tsonga pokonał Novaka Djokovicia po pięciosetowym pojedynku. To dobrze dla Australian Open?

W pewnym sensie dla tenisa jest to lepiej. Francuz gra z polotem, finezyjnie, ale też często atakuje. Djoković natomiast gra podobnie jak Cilić, Murray czy tak jak inni. A Federer i Tsonga są wyjątkowi.

Po trzecim secie, którego Djoković wygrał 6:1, wierzył Pan jeszcze w Tsongę?

Ogólnie od początku meczu i przed jego rozpoczęciem liczyłem właśnie na Francuza. Djoković do tej pory nie pokazał w Australian Open nic wielkiego. Od dłuższego czasu nie prezentował się dobrze w ważnym turnieju. W Masters też rozczarował. Dlatego wydawało mi się, że faworytem jest Tsonga. Ale w związku z tym, że miał trudny mecz z Almagro w poprzedniej rundzie, jednak coś mogło się stać. Co się jednak okazało, że Djoković miał jakąś słabość, tak samo jak w meczu z Kubotem. Pojawiła się grypa żołądkowa i nagle to wyszło. Okazało się, że nie może grać w czwartym secie.

A to nie były przypadkiem jakieś wybiegi, usprawiedliwienia?

Właśnie Tsonga to zasugerował trochę po meczu, że Djoković już ma całą sporą historię takich numerów. Pamiętam choćby w pojedynku z Gaelem Monfilsem w US Open położył się na korcie i powiedział, że nie może dalej grać. Potem jednak wygrał to spotkanie w piątym secie. Także Tsonga miał w sumie rację, że protestował. Nie można sobie przecież zejść tak sobie nagle z kortu. Chyba, że jest jakaś rzecz wyjątkowa. Ale trzeba przyznać, ze trochę powrócił potem do gry. Okazało się jednak, że Tsonga ma potężną broń, czyli serwis i forehand.

W ćwierćfinale mogliśmy zamiast Djokovicia oglądać Kubota. Jak on był sobie poradził?

Uważam, że Tsonga mógłby mieć z nim pewne problemy, bo Łukasz lubi atakować. Z drugiej jednak strony, Polak mógłby się spalić psychicznie i mieć jakąś tremę. Kubot z jednej strony ma już 27 lat, ale z drugiej dopiero, bo przecież to jest dopiero jego pierwszy sezon w czołowej setce rankingu. Normalnie trzeba pograć w niej dwa, trzy sezony, aby nabrać takiego obycia i aklimatyzacji. No chyba, że jest się Borgiem, Willanderem czy Nadalem. Kubot wiekiem jest starszy, ale psychicznie i fizycznie, to on jest młody. Nie ma za sobą dziesięciu lat podróży i wyczerpania. Na tym poziomie to on jest świeży.

Niektórzy mówili, że lepiej, gdyby Łukasz skoncentrował się na deblu.

Ja tego nigdy nie mówiłem. Zawsze mówiłem, że powinien grać i jedno i drugie. Uważam, że debel pomógł mu w singlu, ale też w tej chwili jednak zarabia bardzo dużo w grze deblowej Oczywiście, że jeżeli gra się w jednym turnieju i to i to, to bardziej trzeba się koncentrować na singlu.

Teraz doszedł do czwartej rundy Australian Open.

To jest trochę wyrost. Wymarzony dla niego turniej. Ja mu oczywiście życzę sukcesów, ale może się okazać, że przed kilka najbliższych imprez nie będzie w stanie zajść tak wysoko. A to dlatego, że nie będzie rozstawiany i może szybciej trafić na trudnego rywala. Teraz spotkał się z Djokoviciem w czwartej rundzie, ale równie dobrze może stać się to w pierwszej. I tak może być przez następnych pięć turniejów wielkoszlemowych. Teraz miał wyjątkowo dobrze, że trafił na dwóch graczy nierozstawionych.

A co się zmieniło w Kubocie, że teraz gra tak dobrze?

Nabrał pewności siebie. To jest to słowo "confidence", które jest kluczem do sukcesów w tenisie. Na treningach jest tak, że wszyscy trafiają, grają świetnie, a później w czasie meczu już im to nie wychodzi. On nagle nabrał pewności siebie i w tym bardzo mu pomógł debel. Jego sukcesy w grze parami przełożyły się na to, co robi w singlu. Pomyślał sobie pewnie tak, że jeśli zagrywam takie serwisy, returny i woleje tutaj, to czemu nie mogę tego robić w singlu. I to się teraz przełożyło. Ja od dłuższego czasu twierdziłem, że gdyby Kubot i Przysiężny byli w tej pierwszej setce wcześniej, to już by tam odnosili sukcesy. Problemem jest jednak dostanie się tam. W ciągu roku wiele może się zdarzyć.

Teraz rywale mogą się bać Łukasza?

Na pewno go teraz doceniają. Myślę, że dużym komplementem dla Łukasza była postawa Djokovicia, który dobrze go zapamiętał po finale w Belgradzie w zeszłym roku. Wtedy Polak napsuł mu sporo krwi i teraz Serb potraktował Kubota bardzo poważnie. Był skoncentrowany i grał od początku tak jakby to było spotkanie z Murrayem czy Tsongą. On grał na 100 %., z najwyższym poświęceniem i skupieniem. Traktował Polaka jak jednego z najlepszych tenisistów świata.

W trzecim secie Kubot przegrał tylko 5:7. Później powiedział, że był chory...

Ja wierzę oczywiście. Ale u mnie to było coś takiego, że jak ja telefonowałem do domu z Argentyny, czy Tokio i mówiłem, że jestem chory, to ojciec odkładał słuchawkę i mówił do mamy: Wojtek na pewno wygra ten mecz. Bo ja się wtedy lepiej koncentrowałem i dawałem z siebie wszystko. Ojciec był zawsze spokojny, że jak Wojtek źle się czuję, to na pewno da z siebie wszystko. Także to różnie bywa z tymi chorobami.
http://www.eurosport.pl/tenis/australia ... tory.shtml
Awatar użytkownika
Joao
Posty: 6462
Rejestracja: 17 lip 2011, 8:19

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Joao » 22 lip 2011, 20:20

Wojciech Fibak – najlepszy z Polaków

Grał w ćwierćfinałach trzech turniejów Wielkiego Szlema. Był mistrzem świata deblistów i mały włos nie triumfowałby w finale słynnego Masters. Jest najlepszym polskim tenisistą w historii.

Pierwszy łup we Włoszech

Wojciech Fibak urodził się 30 sierpnia 1952 r. w Poznaniu. Tenisowego bakcyla zaszczepił mu podobno ojciec Jan, profesor Akademii Wychowania Fizycznego. Pierwsze treningi rozpoczął na kortach poznańskiego AZS-u. Mając 18 lat został mistrzem Polski juniorów i seniorów w hali.
Talent młodego tenisisty dostrzegł trener i kapitan Polskiego Związku Tenisowego Zbigniew Bełdowski. To w znaczniej mierze dzięki niemu Polak mógł rywalizować na arenie międzynarodowej. W 1973 r. Fibak sięgnął po mediolańskie Trofeo Bonfiglio (uznawany za nieoficjalne mistrzostwa Europy graczy do 21 lat). W dramatycznym finale Polak pokonał reprezentanta gospodarzy Corrado Barazzuttiego 6-0, 6-3, 1-6, 6-8, 6-1!

Ashe nie dał rady

W 1974 r. Fibak porzucił, już na pierwszym roku studia prawnicze w Uniwersytecie Adama Mickiewicza i wyruszył na podbój tenisowego świata. W II rundzie turnieju w Monachium przegrał z Van Dillenem. Dwa miesiące później dzięki niebywałej wygranej nad Węgrem Balazsem Taroczym zapewnił reprezentacji Polski wygraną nad Węgrami w Pucharze Davisa. W połowie października 1974 r. mało znany w tenisowym świecie zawodnik rozprawił się z jednym z najlepszych graczy w historii dyscypliny, nieżyjącym już Amerykaninem Arturem Ashem.

Specjalność? Debel

W 1975 r. dotarł do ćwierćfinału turnieju w Hamburgu. Na swoje największe sukcesy 23-letni Polak musiał jeszcze poczekać. U progu kariery znacznie lepiej wiodło mu się w deblu. W parze z Niemcem Karlem Meilerem dotarł do ćwierćfinału Wimbledonu. Obaj sięgnęli po mistrzostwo świata w deblu. W rozgrywkach singlowych też było całkiem nieźle. Wprawdzie finał w Monte Carlo w 1976 r. Fibak dość gładko przegrał z Villasem, to kolejne miesiące były dla Polaka bardziej udane. Zwyciężył w Sztokholmie i Birmingham.

O krok od tenisowego raju

Fibak rywalizował również w finale w Indianapolis, gdzie nie sprostał Connorsowi. Po raz pierwszy w karierze awansował do rozgrywanego w Houston turnieju Masters. W pokazywanym przez polską telewizję, równocześnie obu kanałach, finale stoczył pasjonujący bój z Hiszpanem Manuelem Orantestem. Rewelacyjny Polak prowadził 7-5, 2-6, 6-0 i 4-1 i był o krok od życiowego sukcesu. Ale Hiszpan nie składał broni. Dwukrotnie przełamał serwis Fibaka i ostatecznie triumfował w całym meczu. Poznaniak, na osłodę, musiał się zadowolić tytułem „Newcommer of the Year” (rewelacji roku).

Sukcesy deblowe, triumf w Australii

W 1977 roku podczas turnieju Rolanda Garrosa Polak dotarł do finału debla (w parze z Janem Kodesem) i ćwierćfinału singla. Zdecydowanie lepiej było w drugiej połowie 1978 r. W finale turnieju w Hamburgu nie dał rady Villasowi. Argentyńczyk okazał się również lepszy w październikowych zawodach w szwajcarskiej Bazylei. Tydzień później w finale w Kolonii pokonał Hindusa Armitraja. Polak nie zwalniał tempa w rozgrywkach deblowych – wspólnie z Holendrem Tomem Okkerem sięgnął po mistrzostwo świata par. W Paryżu i Nowym Jorku duet ten odpadał dopiero w półfinale.
Tymczasem w parze z Kimem Warwickiem triumfował w Australia Open pokonując parę Kronk-Letcher 7-6, 7-5.

Forma Fibaka rosła. W pierwszym półroczu 1979 r. wygrał turnieje w Denver i Stuttgarcie. W Niemczech, w czterech setach pokonał Villasa. Mimo to polskiemu tenisiście nie wiodło się w turniejach Wielkiego Szlema. W Paryżu dotarł do IV rundy, a swoją przygodę z trawą Wimbledonu zakończył już w pierwszym meczu, gdzie mimo prowadzenia 2-0, ostatecznie uległ Amerykaninowi Masonowi 2-3. Z kolei w Nowym Jorku lepszy od Polaka okazał się Yannick Noah. Wielkoszlemowe porażki nasz bohater powetował sobie w Wiedniu i Kolonii, gdzie grał w finałach.

Wielki Szlem, wielka forma

Rok 1980 był jednym z najbardziej udanych w całej karierze polskiego tenisisty, chociaż zaczął się nieszczególnie. Forma przyszła dopiero w marcu podczas turniejów w USA. Fibak wygrał w Dayton i Nowym Orleanie. Wynik ten powtórzył miesiąc później w brazylijskim Sčo Paolo. W końcu powalczył również w Paryżu, gdzie w ćwierćfinale po pięciosetowym boju nie dał rady Vitasowi Gerulaitisowi. Zrewanżował się Litwinowi już w Londynie, odprawiając go w III rundzie turnieju wimbledońskiego. Ale ćwierćfinał to było wszystko, na co było Fibaka stać. Na tym etapie rozgrywek Polak zakończył również przygodę z US Open. Tym razem uległ reprezentantowi gospodarzy Johanowi Kriekowi 2-3.

Zwycięstwo z Connorsem

Sezon 1981 Fibak rozpoczął od mocnego uderzenia. Dotarł do finału w Filadelfii. Po drodze, po raz pierwszy w karierze pokonał Jimmy’ego Connorsa 7-6, 0-6, 6-2. Sławny Amerykanin zrewanżował się Polakowi podczas Wimbledonu. Występ na londyńskiej trawie polski tenisista zakończył na IV rundzie. Dość szybko jednak wrócił do najlepszej dyspozycji i triumfował w Gstaad, gdzie pokonał Francuza Noaha 6-1, 7-6.

Menedżer Lendla

W roku 1982 forma przyszła dopiero w październiku. Wygrał zawody w Amsterdamie i Paryżu. W półfinale turnieju w Sztokholmie uległ Francuzowi Leconte’owi 6-3, 3-6, 3-6. Do europejskich triumfów tenisista z Poznania dołożył wygraną w Chicago. Pokonał Amerykanina Billa Scanlona 6-2, 2-6, 6-3, 6-4. Największym sukcesem Wojciecha Fibaka w 1983 roku był finał turnieju w Bazylei. Przy stanie 2-1 dla naszego bohatera i 5-5 w 4. secie, kontuzja zmusiła Polaka do poddania partii z Gerulaitisem. Ponadto, pod menedżerską opiekę wziął wschodzącą gwiazdę światowego tenisa, Ivana Lendla.
Kolejny rok Fibak rozpoczął od udanego występu w Filadelfii, gdzie dotarł do półfinału (porażka z McEnroe). Tym samym wyczerpał limit szczęścia w tym sezonie. Na paryskiej mączce już w III rundzie przegrał w pięciu setach ze swoim dawnym rywalem Węgrem Taroczym.

Porażka z Edbergiem

Wielka kariera Fibaka powoli dobiegała końca. W 1985 awansował do półfinału turnieju w Toronto. Wyczyn ten powtórzył pod koniec sezonu w Sztokholmie, gdzie nie sprostał reprezentantowi gospodarzy Stefanowi Edbergowi. To był pierwszy sezon w karierze Polaka, w którym liczba porażek przewyższyła tę zwycięstw (13-17). W marcu 1986 roku dotarł do ćwierćfinału zawodów w Rotterdamie. I to było największe osiągniecie Fibaka w całym sezonie. W 1987 nie wygrał ani jednego meczu! Zawodową karierę zakończył w lutym 1988 r. pojedynkiem z Czechem Milanem Srejberem 2-6, 6-4, 3-6.

Mecenas sztuki

Wojciech Fibak grał w ćwierćfinałach trzech turniejów Wielkiego Szlema. Zwyciężył w 15 turniejach singlowych i 48 deblowych, a na korcie zarobił blisko 3 miliony dolarów. Po zakończeniu kariery był kapitanem reprezentacji Polski w rozgrywkach o Puchar Davisa. Pełnił również funkcję prezesa Polskiego Związku Tenisowego.
Jest biznesmenem, mecenasem sztuki i komentatorem sportowym. Rozwiódł się z pierwszą żoną i powtórnie ożenił z młodszą o 23 lata Olgą Sieniawską. Z obu związków ma trzy córki, Agnieszkę, Paulinę i Ninę
http://www.tenis-ziemny.pl/index.php?dz ... tykul=1185
Awatar użytkownika
FEDEER
Posty: 771
Rejestracja: 22 lip 2011, 11:02
Lokalizacja: Szczecin
Kontakt:

Re: Wojtek Fibak

Post autor: FEDEER » 22 lip 2011, 20:21

Fibak to dla mnie trochę się robi takim znawcą na wyrost, najbardziej denerwuje mnie to że mówi że nasza Aga zrobiła by to czy tamto lepiej itp.
W:11:Memphis-Pekin 12:Barcelona-Monachium 14:Dubai-(IW,Miami,Wimby)-debel 16:Wimby 17: Wimby-debel
F:10:Sztokholm-Cincinnati 11:Estoril-Nicea-Halle-W.Salem-USO-debel 13:Rotterdam- Eastbourne
SF:11:K.Lumpur-Wiedeń 12:Miami 13:Montreal 16:Toronto-Pekin
QF:10:Shanghai-Bercy 11:Brisbane-Sydney-AO-San Jose-Madryt-L.A- Waszyngton-Montreal-USO-Bazyela 12:In.Wells-Rzym 13:Wimby-Hamburg-W.Salem
IO Rio debel-srebro
Awatar użytkownika
Joao
Posty: 6462
Rejestracja: 17 lip 2011, 8:19

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Joao » 22 lip 2011, 20:22

Wydawnictwo Nowy Świat wznowiło pasjonującą biografię Wojciecha Fibaka „Moja gra. O Fibaku” pióra znanego dziennikarza Daniela Passenta.

W swojej książce Daniel Passent odsłania kulisy bezprecedensowej kariery tenisisty, który z siermiężnego PRL-u wybił się na salony Paryża i Nowego Jorku, stając się jednym z najlepszych graczy świata oraz koneserem i kolekcjonerem sztuki.

Jak czytamy, „Passent pisze o Fibaku z przenikliwym dystansem i ironią. Odsłania jego prawdziwe oblicze na co dzień skrywane pod maską luzu i pewności siebie. Ujawnia słabości, które sprawiły że nie został największym tenisistą świata. Opowiada o biznesowych potknięciach, przegranej licencji na stworzenie Polsatu, sprzedaniu koncernu prasowego Marquardowi. Książka Passenta nie ogranicza się tylko do wątków tenisa, biznesu i socjologii klasy próżniaczej, to także interesująca historia powstania unikatowej w skali międzynarodowej kolekcji obrazów sztuki polskiej i żydowskiej początku XX w. Passent pisze o Fibaku z erudycyjną swadą. Połączenie ostrego pióra wytrawnego felietonisty z filmową biografią człowieka sukcesu przynosi znakomity efekt.

Pierwsze wydanie książki ukazało się w 1990 r. pod tytułem „To jest moja gra” (Krajowa Agencja Wydawnicza)
http://www.salonkulturalny.pl/%E2%80%9E ... -o-fibaku/
Awatar użytkownika
Joao
Posty: 6462
Rejestracja: 17 lip 2011, 8:19

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Joao » 22 lip 2011, 20:23

Dookoła Wojtek

Najlepszy polski tenisista w historii, kolekcjoner dzieł sztuki, handlarz nieruchomościami, bywalec paryskich i nowojorskich salonów - obchodzi właśnie 50. urodziny.

Na kort zaprowadził go ojciec. To on wyznaczał rytm treningów, kazał gimnastykować się nawet w niedzielę rano, a na wczasach w Zakopanem zjadać wszystko z talerza. "Był surowym człowiekiem. Dzieci się go bały" - mówi mama. Obiad podaje na starej porcelanie ze srebrnymi sztućcami. Częstuje smażonym serem, przysmakiem syna. Wyciąga jego zeszyty z wypracowaniami: same piątki i uwagi, by pisał staranniej. Do domu, w willowej dzielnicy Poznania, przychodziła francuska guwernantka, ale Wojtek wolał sport. Stół, przy którym siedzimy, służył kiedyś do gry w ping-ponga.

"Nasi rodzice bardzo się przyjaźnili, my także" - mówi Jacek Kseń, prezes Banku Zachodniego WBK. Zapamiętał Wojtka jako wesołego i ambitnego chłopaka. Popołudnia spędzali na kortach, potem Kseń zrezygnował z tenisa, a Fibak grał i wygrywał. Gdy miał 17 lat trafił do kadry, rok później został mistrzem Polski juniorów, wreszcie - seniorów w hali. Po skończeniu gimnazjum siedli z ojcem nad kartką, by policzyć, ile zarabia setny tenisista świata. Wyszło osiem tysięcy dolarów. Postanowili, że pójdzie na studia prawnicze - miały nie kolidować z tenisem, ale rzucił je po roku. Przeszedł też do milicyjnego klubu Olimpia Poznań, by swobodnie wyjeżdżać za granicę. Jednak zaproszenie z Uniwersytetu Stanford w południowej Karolinie trafiło w Polskim Związku Tenisowym do szuflady, bo działacze nie byli mu przychylni. W 1973 roku, tuż po przegranym finale mistrzostw Polski, Fibak wsiadł do starego garbusa i pojechał na turniej do Mediolanu. Na kort wyszedł od razu po dwudniowej podróży. Mecz wygrał z trudem, ale turniej z łatwością. Pamięta, że zarobione studolarówki przeliczał z wypiekami. Okazało się, że talent do tenisa nie jest jedynym, jaki posiadł.

Uśmiech Orantesa

W turniejowe listy zgłoszeń wpisywał zawsze "Wojtek Fibak". W 1974 roku, zamiast na zgrupowanie do Wałbrzycha, jedzie na eliminacje do Barcelony i Madrytu: dochodzi do turnieju głównego i pokonuje słynnego Artura Ashe'a z USA. W kolejnym roku pierwszy raz leci do Ameryki. "Ja w kożuszku z Polski, a tam słońce, upały. Na korcie zobaczyłem mistrzów: Gerulaitisa i Connorsa. Zacząłem odbijać, a oni do mnie zdziwieni: ej, ty masz talent, człowieku" - opowiada Fibak. "Zbyt polegał na talencie, za mało trenował i pracował" - twierdzi Tom Okker, jego wieloletni partner deblowy. Fibak dodaje: "Grałem na centymetry, w linię, cały czas tuż nad siatką. Gdy nie byłem precyzyjny, przegrywałem ze słabszymi". "Nie był silny, nie był szybki, brakowało mu kondycji. Miał za to naturalną technikę i inteligencję w grze, dlatego ludzie lubili go oglądać. Niektórzy zawodnicy do końca życia nie wiedzą, czemu przegrali. Fibak wiedział to od razu po meczu" - uważa Andrzej Roman, dziennikarz.

Najsłabszą stroną Fibaka był brak koncentracji, dlatego najlepiej grał w hali. Ale rozpraszały go nie tylko słońce i wiatr. "ČMamo, jedziemy do Genewy, bo tam jest obraz Boznańskiej, który chcę zobaczyćÇ. ČAle ty jutro grasz w finaleÇ. ČTo nic, wszystko będzie dobrzeÇ. Na miejscu byliśmy o północy, wróciliśmy nad ranem. Obrazu nie kupiliśmy, a finał był przegrany" - opowiada mama. Fibak przyznaje dziś, że powinien poświęcić się karierze, ale wtedy nie miał kto mu tego powiedzieć. "Mąż był przeciwko zbieraniu obrazów i wielokrotnie to mówił. Do Genewy z nami nie pojechał" - dodaje. Ona wspierała obie pasje syna, z 24 kompletowanych przez nią albumów, pełnych wycinków z gazet, powstaje książka. Pierwsza - "To jest moja gra" Daniela Passenta z 1990 roku - niezbyt się Fibakowi podobała. "Wojtek nie lubi krytyki. Bardzo niechętnie opowiada o rzeczach, które się nie udały" - mówi mama.

W 1976 roku w Sztokholmie wygrywa pierwszy zawodowy turniej. Jesienią gra w turnieju Masters, dla ośmiu najlepszych tenisistów świata. W finale spotyka się z Manuelem Orantesem. Mecz transmituje polska telewizja. "Pierwszego seta wygrałem w miarę pewnie, drugiego on. Następny 6:0 dla mnie. W czwartym secie 4:1, Orantes zdeklasowany, zbity jak pies, przestaje walczyć. Nagle Kirk Douglas na olbrzymich ekranach, żeby uatrakcyjnić mecz dla publiczności, mówi: ČCudownie grają, szkoda, że już koniecÇ. Widzę uśmiech Orantesa. Troszkę się zdekoncentrowałem, zrobiło się 4:3, uciekłem na 5:3, pękły mi struny w rakiecie, mała nerwówka, 5:5. Zabrakło mi świeżości. Zostałem wicemistrzem, ale swoje życie uważam za ciekawsze od życia Orantesa. On wchodzi na trybuny i nikt go nie poznaje. Ja wchodzę i wszędzie jest ČWojtek, WojtekÇ". "To nie był Connors ani McEnroe, którzy by wygrać, mogli na korcie połamać ręce, nogi i rakietę. W meczu z Orantesem zabrakło mu determinacji" - ocenia Andrzej Roman.

Po meczach prosił, by pokazano mu drogę do dzielnicy z domami bogatych ludzi. W wolnych chwilach otaczał się aktorami, modelkami, biznesmenami. Kseń, który pracował wtedy w Paryżu dla największych banków, jeździł z nim po Europie i Ameryce. Andrzej Roman i Janusz Dorosiewicz (biznesmen, producent filmowy) bywali z nim często na Roland Garros. "To była aktywna znajomość: rano spotykaliśmy się na tenisie, często wieczorem był ciąg dalszy. Jadaliśmy kolacje, piliśmy kawkę. Z nim się świetnie rozmawia." - mówi Roman. Zaznacza, że była to świta Fibaka, a nie stajnia, więc bywał wobec niego krytyczny. W 1976 (z Karlem Meilerem) i 1978 (z Tomem Okkerem) Fibak został mistrzem świata w grze podwójnej. W 1980 grał w ćwierćfinałach Roland Garros, Wimbledonu i US Open. Ogółem wystąpił w 132 turniejowych finałach. Dziś grywa w imprezach dla biznesmenów i polonusów. Tak jak przed laty w Stuttgarcie wygrał srebrne porsche, tak niedawno w Sierosławiu - cinquecento i seicento. Pięć tysięcy marek zdobyte w Sopocie obiecał przeznaczyć dla powodzian.

W latach 70. przybyło Polsce 250 kortów i 28 sekcji tenisowych. Płacił wtedy Polskiemu Związkowi Tenisowemu 10 tysięcy dolarów rocznie i dostarczał sprzęt. Do kraju zapraszał znanych graczy, zdolnych juniorów brał na Zachód, finansowo pomagał nie tylko tenisistom. W czasie stanu wojennego powiedział amerykańskiej telewizji, że nie wystąpi w reprezentacji Polski, bo podeptano tam demokrację, a przyjaciół zamknięto w więzieniach. Został zdyskwalifikowany przez PZT. Do kraju wrócił w 1984 roku na mecz z Grecją. "Dopiero po wizycie Ojca Świętego pomyślałem, że i ja mogę przyjechać" - powiedział na lotnisku (Passentowi wytłumaczył, że chodziło mu o normalizację stosunków). Polacy wygrali, ale miesiąc później, też z Fibakiem, przegrali do zera z Izraelem.

Rok wcześniej zobaczył na korcie rudego piegusa. Miał 16 lat i nazywał się Boris Becker. "Becker? Kto to jest Becker" - pytał podobno prezes niemieckiego związku tenisowego, którego Fibak prosił o dziką kartę do turnieju deblowego. Doszli do finału. "Na końcu zawiodłem, zdenerwowałem się i te moje delikatne, celne dotąd zagrania, szły na mały aucik lub w taśmę. A Becker grał koncertowo" - mówi Fibak, choć rzadko przyznaje się do błędów. Tydzień później wygrali Bawarian Open, był to pierwszy turniejowy triumf Beckera. Fibak odwiedził jego rodziców, by polecić im swoje usługi trenerskie, ale woleli Iona Tiriaca.

Rakieta dla papieża

"Zrobię staremu tę przysługę, że nic nie będę o nim mówił" - słowa Iwana Lendla cytuje Janusz Dorosiewicz, który od 1980 roku był menedżerem Czecha, podczas gdy Fibak uczył go tenisa (choć nigdy z nim nie wygrał) i życia. Lendl, zagubiony w Ameryce, dał się prowadzić za rękę: u Fibaków w Greenwich koło Nowego Jorku miał nawet swój pokój. "Mówiliśmy, że to pokój Iwanka, chociaż on głównie czas spędzał na korcie albo w piwnicy przy fliperach" - opowiada Fibak. Stworzył mu kopię swojego życia ("Ale w innym stylu" - mówił Passentowi), oznaczało to tych samych przyjaciół i te same psy w ogrodzie. "To było w czasie US Open, Lendl przyszedł z treningu. Wojtek podaje mu rękę ze słowami: ČIwanku, gratuluję ciÇ" - opowiada Dorosiewicz. "Iwanek nie lubił niespodzianek, więc pyta, o co chodzi. A Fibak: ČIwanku, podaj mi rękę, gratuluję ci, jesteś właścicielem domu w Palm BeachÇ. Był wart ponad cztery miliony dolarów, należące oczywiście do Lendla. Ten wydusił tylko: ČAle ja nie chcę mieszkać w Palm BeachÇ. Chyba uświadomił sobie, że kontrola Fibaka nad nim jest za duża". "Kupowałem mu ziemie i domy, jest zabezpieczony na całe życie. Przede wszystkim dzięki swojej grze, ale troszkę dzięki mnie. Dzwoni do mnie regularnie z pola golfowego, rozmawiamy przez godzinę. To ja go opuściłem, bo uważam, że wszystko się kiedyś kończy" - mówi Fibak. Doprowadził Lendla do pierwszego miejsca na świecie.

Z gry miał kilkaset tysięcy dolarów rocznie, drugie tyle z reklam (na liście najlepiej zarabiających zawsze był wyżej niż w rankingu punktowym). Przez sześć lat jego interesy prowadziła agencja, potem przeszedł na swoje. "Miał trochę wolnej gotówki, więc doradzałem mu raz na kilka miesięcy. Mówiłem: teraz trzymaj w dolarze, teraz w marce, teraz kup obligacje, a teraz siedź spokojnie i czekaj. Wychodził na tym bardzo dobrze - opowiada Kseń. - Wojtek jest przemiłym kompanem. Ale gdy skończył karierę, nasze relacje ochłodziły się, bo nie umiał sobie znaleźć drogi w życiu. Mieliśmy trochę inne wartości, kobiety traktował w sposób, powiedziałbym, wyczynowo-sportowy". Podobnie było z nieruchomościami, którymi zaczął wtedy handlować, głównie w eleganckim Greenwich. Przez jego ręce przeszło około pięćdziesięciu posiadłości. "Tyle transakcji i wszystko było dobrze. Na tysiące rzeczy, które robiłem, znajdziemy pięć, które nie wyszły" - mówi Fibak. W 1980 roku sam zamieszkał w Greenwich - w kopii średniowiecznego zamku z dwudziestoma pokojami, rok później kupił w Paryżu XVIII-wieczny pałacyk myśliwski Villa del Arte. Obydwa domy były jak z żurnala. We francuskim - pisma miały być rozrzucone w nieładzie, w amerykańskim - ułożone równo. Oba sprzedał osiem lat temu, bo córki podrosły, rozwiódł się z żoną Ewą i nie chciał w nich siedzieć sam.

Teraz ma nową żonę Olgę i nowy dom (przy Starym Mieście w Warszawie). Salon wypełniony jest pudłami, bo trwa przeprowadzka. Fibak: "Tutaj macie jakiś sekretarzyk Biedermaiera, to biurko Bauera z 1903 roku, to są wszystko Hoffmany, oryginalne meble, mam to słynne krzesło, które było w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku i na paryskich wystawach wiedeńskiej secesji, trzeba mu zmienić tapicerkę. A tutaj u Wałęsy, wizyta z De Niro, jest Gustaw Holoubek. De Niro siedzi... o tutaj, widać tylko spodnie. Tu z Czerkawskim i Kwaśniewskim w Sopocie. Z Tadkiem Nowickim jakieś stare czasy, chyba pierwsza runda Wimbledonu. Z ojcem w Zakopanem. Ojciec zawsze o mnie walczył, wszystko mu zawdzięczam, najmądrzejszy człowiek, jakiego kiedykolwiek znałem, zmarł dwa lata temu. Do dziś obowiązuje jego podręcznik chirurgii. Tu są Makowskie oryginalne, Lebenstein 1959, Potworowskie z Londynu, to Mela Muter "Autoportret", "Dzieci" Makowskiego, bardzo znany, tu macie różne arcydzieła, a tu muzeum mi taką dziwną ramę dało, ja bym takiej nigdy nie dał. To jest mecz z Włochami, Panatta 1978 rok, korty Legii, byłem wielką gwiazdą, proszę zobaczyć, co się dzieje, na chwilę podchodzę do ławki i nagle zamieszanie totalne. Tu zdjęcie z papieżem, największy honor, byliśmy umówieni, że zagramy kiedyś w tenisa, i nagle był ten zamach, pojechałem do szpitala i dałem mu rakietę, jako symbol, że on dojdzie do zdrowia, że zagramy w tego tenisa. Podobno przeżył to niesamowicie, ta rakieta wisiała w jego pokoju. Tu jest De Niro schowany, znowu tylko spodnie. Tu z Iwankiem, otwarcie kortów tenisowych, które zafundowaliśmy w szkole moich dziewczynek. A tak się podjeżdżało pod mój zamek, jakieś psy, salon, jadalnia, basen na zewnątrz. Tak wyglądał mój gabinet w Greenwich, rzeźba Picassa. Nie ma akurat zdjęcia kortu, bajkowo był położony, o, tu widać siatkę. A tutaj był ulubiony pokój Brzezińskiego, cały w obrazach Lebensteina. Brzeziński mówił: ČWszystko pięknie, powietrze, tenis, ale te obrazy, czy one muszą wisieć w tym pokoju?Ç".

Wilk na śniegu

Pierwszy obraz kupił mając 21 lat, abstrakcja nie mieściła się na żadnej ścianie. Po wyjeździe do USA zainwestował w tamtejszych twórców. Na początku wybierał tańsze litografie, kupowane przy pomocy Dorosiewicza. Poznali się w 1975 roku, gdy przyjechał do Toronto na Canadian Open. "Były dwa dni deszczu, a ponieważ zajmowałem się trochę sztuką, oglądał ściany z obrazami i, jak to Wojtek, nagle pyta: ČA ile to wszystko kosztuje?Ç. Nie wiem dokładnie, może 50 tysięcy dolarów. A on: ČWiesz co, dałbym ci 25 tysięcy i to będzie naszeÇ. Odpowiedziałem, że może zostawić mi pieniądze, to mu kupię jakieś obrazy" - opowiada Dorosiewicz. Potem doradzali mu profesor Władysława Jaworska, Marek Mielniczuk z galerii w Paryżu i Zbigniew Legutko z galerii na Greenpoincie. Na pierwszym spotkaniu z Legutką w 1979 roku kupił trzy obrazy ze Szkoły Paryskiej, co dało początek kolekcji dzieł polskich i żydowskich malarzy, których droga - tak jak Fibaka - zawiodła do Paryża, i którzy - jak Fibak - starali się stamtąd podbić świat. Nie udało im się, dlatego wiele obrazów nabywał za kilkaset dolarów. Często spotykał się z Polonią, większość płócien sprzedawali mu jednak marszandzi. Powtarzał, że nie kupuje z chęci zysku, więc z obrazami nie zamierza się rozstawać. Uzbierał ponad 400 dzieł, których wartość szacował na kilka milionów dolarów. Lubi zbierać także rzeczy bez wartości. Przy przeprowadzce na wierzch wychodzą dywaniki i sztućce z samolotów Concorde, stare czapeczki z daszkiem, pożółkłe plakaty reklamowe Adidasa. Fibak niedbale przerzuca osiemnastowieczne francuskie dywany, stuka ramami stuletnich obrazów. Pasją zaraził Okkera (ma galerię w Amsterdamie) i Lendla (kolekcjonuje plakaty Alfonsa Muchy). Bywał w pracowni Andy'ego Warhola, ale też u Józefa Czapskiego i Jana Lebensteina.

Passent opisuje, że gdy Fibak organizował pierwszą wystawę w Greenwich, chciał, by katalog był grubszy, bo to podniesie prestiż kolekcji. W 1992 roku pokazał ją w Muzeach Narodowych w Warszawie, Poznaniu i Krakowie. Chciał im podarować swój zbiór, ale uzależniał to od sponsora. "Kolekcja się rozsypuje, pierwszy podział nastąpił po rozwodzie. Dwa lata temu Wojtek zrobił jej objazd po Polsce, chyba pożegnalny. Chciał to sprzedać, wiem, że rozmawiał z jednym z banków" - dodaje Dorosiewicz. Kolekcję chciał odkupić biznesmen Jan Kulczyk, ale Fibak zaczął z niej zabierać najlepsze obrazy tłumacząc, że to ulubione płótna jego córek. Dwa lata temu kilka dzieł po raz pierwszy pojawiło się na aukcji. "Do tej pory ze zbioru ubyło ich około 50 - mówi Fibak. - To jest moja prywatna kolekcja. Uważam, że swoje już zrobiła, bo oglądali ją i Henry Kissinger, i Andy Warhol, i Diana Ross, i Charles Aznavour, który grał na fortepianie, a nad nim wisiał Makowski. Wiele osób inaczej postrzega już malarstwo polskie. Że to nie jest wilk na śniegu czy ułan na koniu, ale coś ambitnego i ciekawego. U nas pokutuje brak tradycji kolekcjonowania. Przecież przede mną nikt nie zbierał oryginałów. Ze Szkołą Paryską zaskoczyło. Teraz próbuję z malarstwem współczesnym". "Był zaabsorbowany kolekcją, promował ją, podnosił ceny, dawał do zrozumienia, że to jest najciekawsze i najlepsze, bo on był wszędzie na świecie, a jednak wybrał właśnie to - dorzuca Dorosiewicz. - Jest miłośnikiem i chwała mu za to, jednak autorytetem w dziedzinie malarstwa nigdy nie będzie. Gdyby wcześniej nastawił się na sztukę współczesną, mógłby mieć osiągnięcia, bo ona jest tańsza. Artyści w większości żyją, do tego można któregoś wypromować, a za coś galerię trzeba utrzymać".

W Galerii Fibak na Krakowskim Przedmieściu wiszą obrazy Nowosielskiego, Lebensteina, Kantora i Gierowskiego, we wrześniu - wynika to z umowy najmu - będą tu wystawiać studenci Akademii Sztuk Pięknych. Fibak siedzi w gabinecie na zapleczu i z miejsca na miejsce przekłada karton z kolorowymi plamami, to kupiony właśnie obraz. Macha ręką na pracownicę, żeby wyniosła płótno, które tarasuje drogę. Przez telefon ustala szczegóły pobytu w Nowym Jorku: "Żadnego malowania ścian, bo będzie czuć farbę. Tu chodzi o potrójną wrażliwość, rozumiemy się?". Żona spodziewa się dziecka.

Trzeba coś wybrać

Czemu zamieszkał w Greenwich i Paryżu? "Chciałem być blisko inteligencji polskiej na emigracji. Miałem najlepsze sąsiedztwo, godnie reprezentowałem kraj". Chętnie wspomina, że jeszcze jako junior poznał w Wimbledonie doktora Józefa Garlińskiego, któremu po latach sfinansował książkę o wojnie. W Nowym Jorku przyjmował Kissingera, Brzezińskiego i Nowaka-Jeziorańskiego. W Paryżu - Mazowieckiego i Geremka. Bywał w Maisons-Laffitte. Marzył mu się ośrodek na miarę Hotelu Lambert. Na początku lat 90. w Unii Demokratycznej pojawiły się głosy, że mógłby kandydować na prezydenta. "Szacunek Wojtka do Lecha Wałęsy nie pozwoliłby mu stawać z nim w szranki" - twierdzi Mirosław Chojecki, którego Fibak nazywa "bogiem podziemia".

Na pierwszym spotkaniu nad Sekwaną w listopadzie 1981 roku Chojecki był nieufny, dopiero później od Jerzego Giedroycia dowiedział się, że Fibak finansowo wspiera KOR i wydawnictwa niezależne. Pod koniec lat 80. stworzyli polską telewizję satelitarną nadawaną z Paryża, a potem, już w Warszawie, kosztem 700 tysięcy dolarów - Niezależną Telewizję Polską. Chojecki twierdzi, że partnerów po drugiej stronie stołu Fibak traktował jak rywali na korcie. Koncesję dostał jednak Polsat. "Wydawało się, że nikt nas nie może pokonać. Byli z nami i Wajda, i Zanussi. Ale ja pędziłem po całym świecie, a Solorz był na miejscu i codziennie nad tym siedział" - mówi Fibak. "Wojtek zawsze chciał być i w Saint-Tropez, i z Claptonem w Nowym Jorku, i z modelkami w Paryżu, a jednocześnie robić biznes. Trzeba coś wybrać" - twierdzi Kseń.

Inwestował w konie, giełdę i magazyn o sztuce. O polskich inwestycjach mówi, że to były małe rzeczy, jakieś dziesięć procent ogółu interesów. Rozpoczął w 1990 roku od spółki Fibak Investment Group i zakupu "Gazety Poznańskiej". Gdy na nartach poznał szwajcarskiego wydawcę Jurgena Marquarda, zaczęli działać pod szyldem Fibak Marquard Press (mieli po połowie udziałów). Wydawali "Sport", "Nowe Echo", "Panoramę", "Narty". Kupili drukarnię w Katowicach i Poznaniu. Potem przejęli "Express Wieczorny" i "Sztandar Młodych". Wpadkę mieli jedną - na "Ekranie" stracili 200 milionów złotych. Dorosiewicz twierdzi, że Fibak wykorzystywał znane nazwisko, by przejmować prywatyzowane tytuły. Nie chciał w nie inwestować, wolał odsprzedawać udziały.

Sprowadzał też samochody Volvo ("Co miesiąc dokładałem kilkanaście tysięcy dolarów"), współprodukował "Psy 2" Pasikowskiego ("Nie bardzo ten film był rozliczony. Straciłem kilkaset tysięcy dolarów"). "On zawsze mówi, że traci. Za snobizm się płaci. Kiedy zacząłem zbierać pieniądze na realizację, Wojtek przyjechał z Francji i mówi: ČJanusz, jak możesz robić film beze mnie? Daję pół miliona dolarówÇ. Pytam się: ČWojtek, ty pół miliona? Skąd?Ç ČJa załatwięÇ. I dał dużo mniej - mówi Dorosiewicz. - Niektóre biznesy Wojtka są nadmuchanymi balonami, kilka już pękło". Guy Forget, kolejny partner deblowy Fibaka, w 1993 roku oświadczył publicznie, że przekazał mu 700 tysięcy dolarów na inwestycje w Polsce i nie może ich odzyskać. "Zmarnowałem przez niego dwa lata życia" - mówił francuskim dziennikarzom. "Ta sprawa zakończyła się, był kryzys w nieruchomościach, ale Forget dostał wszystko, co wsadził, więc podwójnym straconym jestem ja - twierdzi Fibak. - Tam, gdzie są piękne domy, ładne dziewczyny, jakieś przyjęcia i trochę biznesu, zawsze są plotki". Gdy "Tempo" napisało, że dorobił się na handlu alkoholem, chciał oddać sprawę do sądu.

Zawsze taki byłem

"Pierwszy telefon był o wpół do dziewiątej rano: ČCzy pani wie o Wojtku?Ç - opowiada mama. - Zamilkłam i czekałam, cud, że nie dostałam ataku serca. ČJest tam pani? No ta afera, że ma sprawę z molestowaniemÇ. ČDzięki BoguÇ - powiedziałam". Pięć lat temu francuski sędzia zarzucił Fibakowi stosowanie przemocy seksualnej. Znajomy fotograf miał klucze do jego willi, gdzie podczas sesji miało dojść do molestowania kilku modelek. Fibak raz mówił, że je zna, innym razem, że nigdy nie miał z nimi do czynienia. "Sędzia chciał zrobić karierę, więc próbował wszystkim coś przypiąć. Pytał mnie: ČCzy to prawda, że z panem i panem De Niro były cztery dziewczyny?Ç. ČCo pan chciał, żeby było dziesięciu facetów?Ç To były fajne dziewczyny. A że któraś gdzieś z kimś wyjechała czy układała sobie życie... Inkwizycja normalnie! To się nie da uwierzyć, że to było w demokratycznej Francji" - mówi dzisiaj. Wtedy zrezygnował z funkcji honorowego konsula RP w Monte Carlo, a Commercial Union wycofało reklamę z jego zdjęciem. Po kilku miesiącach został oczyszczony z zarzutów.

Passent pisze: "Dla Fibaka najważniejszy jest Fibak. Chciałby być widziany jako róża bez kolców. Mistrz uśmiechów, pozdrowień i uścisków dłoni". Nie pije i nie pali, celebruje wieczorne kolacje w restauracji lub w domu. "Jeśli go nie zaproszą gdzieś, gdzie powinien być, to docieka dlaczego. Umacnianiu swojej pozycji poświęca co najmniej połowę czasu" - dziwi się Dorosiewicz. "Jestem ogólnie tolerancyjny i elastyczny. Ze wszystkimi dobrze żyję" - tłumaczy Fibak. "Gdy gram w tenisa przeciwko Fibakowi i coś mi się udaje, pojawia się podejrzenie, że to nie ja wygrałem, tylko on chciał przegrać" - mówi prezydent Kwaśniewski.

Na początku lat 90. Fibak był kapitanem reprezentacji Polski. "Bardzo dużo zrobiłem i chłopcy też chyba byli zadowoleni, bo wyciągnąłem ich z grupy azjatycko-afrykańskiej. Ze mną mieli złotą serię, zabrakło niewiele, by wejść do grupy światowej" - opowiada. Był też prezesem Polskiego Związku Tenisowego. "Prezes nie może dużo zrobić. To jest sport indywidualny, nic nie pomoże siedzenie na trybunach. Można mieć trenera, ojca, partnera deblowego, ale to samemu trzeba do czegoś dojść" - twierdzi Fibak. "Jeżeli jest się gwiazdą, taką jak Wojtek, trzeba coś swojej branży oddać - mówi Dorosiewicz (w latach 1991-1993 dyrektor generalny PZT). - Tu nie chodzi o pieniądze, ale o czas, o spotykanie się z młodymi, o przekonywanie ich, że warto trenować". A jednak Wielkopolska Fundacja Tenisowa im. prof. Jana Fibaka, oprócz turniejów dla zawodowców, organizowała zgrupowania i szkółki dla dzieci.

"Ciągle czuję się młodym chłopakiem, chcę wszystko zrobić, wszędzie być, wszystko mnie interesuje. Żyję szybko i jest mi tak dobrze. Jestem człowiekiem, który wstaje szczęśliwy i uśmiechnięty, w Warszawie, Nowym Jorku, Poznaniu, w górach, na wsi cieszę się tym, co jest. Zawsze taki byłem. Ale mam też świadomość praw natury. Kiedyś nie było spraw nie do załatwienia, a teraz okazuje się, że są wydarzenia, których nie da się kontrolować w żaden sposób. Najbliżsi odchodzą. Takich ostrzeżeń miałem już kilka. Mam dużą odpowiedzialność wobec mamy, z którą jestem bardzo związany. Nie wyobrażam sobie, co bym bez niej zrobił" - mówi Fibak.

Mama: "Chce robić za dużo rzeczy naraz. Na spacer chodzi z trzema komórkami. Mówię: ČWojtuś, spokojnieÇ. Chciałabym, żeby uspokoił tryb życia, żeby zwolnił. Żeby obroty nie były pełne. Ale jak się człowiek dostaje w karuzelę swojej działalności, to trudno ją zatrzymać". -
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/pl ... s_a_4.html
Awatar użytkownika
Joao
Posty: 6462
Rejestracja: 17 lip 2011, 8:19

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Joao » 22 lip 2011, 20:23

Wywiad z Fibakiem :P
Spotykamy się w Poznaniu, Pana rodzinnym mieście. Jak często Pan tu bywa?

Często odwiedzam moją mamę, co 2 lub 3 tygodnie wpadam do Poznania. Moje miasto rodzinne, zawsze bardzo miło odwiedzić mój dom rodzinny na Sołaczu. Tu mam także bardzo wielu przyjaciół, znajomych.

Skąd pomysł, aby w szarym PRL-owskim Poznaniu, w latach 60-tych zacząć uprawiać elitarny, snobistyczny sport, jakim był tenis?

To był pomysł mojego ojca. Ojciec nie chciał żebym grał w piłkę nożna, bo ciągle wracałem z rozbitym kolanem albo rozbitym nosem, i wpadł na pomysł, aby zaprowadzić mnie na korty poznańskiego AZS na Noskowskiego, gdzie zacząłem grać. Na kortach nie było bezpośredniego kontaktu, bo od przeciwnika odgradzała mnie siatka. W centrum, najpierw odbijałem o szarą ścianę, a gdy miałem 11 lat zacząłem już grać na korcie.

Dlaczego polski tenis nie doczekał się dotąd godnych Pana następców?

Tenis nie jest łatwą dyscypliną, trudno się przebić. Trzeba trenować 10 lat, potem trzeba się przebijać kilka lat. Potem, jeżeli się komuś uda przebić do tej szerokiej czołówki światowej powiedzmy kilkuset tenisistów trzeba nauczyć się regularnie wygrywać. Trzeba mieć szybkie nogi, zdrowie, technikę i też odporność psychiczną. To nie jest prosta dyscyplina, a obecnie jest bardzo popularna. Kilkadziesiąt milionów ludzi dzisiaj gra w tenisa na świecie, czyli konkurencja jest olbrzymia. Tak więc to nie jest tak łatwo, ale mamy kraj 40 milionowy, dużo zdolnych ludzi, przebojowych, więc to trochę dziwne, że w tak atrakcyjnej dziedzinie sportu, jaką jest tenis gdzie jest i sława i pieniądze nikomu się dotąd nie udało. Jedynie Agnieszka Radwańska awansowała do pierwszej dziesiątki ATP najlepszych tenisistek świata, to jest olbrzymi sukces. Teraz Łukasz Kubot pomału się przebija, który 2 lata temu był w półfinale Porsche Open w Poznaniu.
Dokładnie, dobrze zapowiada się też Michał Przysiężny, tak więc coś się jednak w ostatnich latach dzieje.

Czytałem o Pana problemach z Polskim Związkiem Tenisa, czy brak akredytacji, wsparcia oraz kwestie organizacji środowiskowych nadal mogą być problemem?

Kiedyś faktycznie były te problemy „amatorstwo”, „zawodowstwo”, ale dzisiaj granice są otwarte, w Polsce odbywa się wiele zawodowych imprez. To ja musiałem torować, przebijać się, byłem pierwszym zawodowcem w Polsce. Nie tylko tenisistą, ale pierwszym zawodowcem, który oficjalnie pokazał, że można swobodnie podróżować, pobierać nagrody, mieszkać za granicą kraju. Byłem prekursorem tego. Ale dziś świat się zmienił, Polska jest częścią Europy, jest oficjalnie w NATO, to wszystkie granie już zostały pokonane.

W ostatnich wyborach oficjalnie poparł Pan Bronisława Komorowskiego, czy zamierza Pan doradzać nowemu prezydentowi w sprawach sportu?

Jeżeli cokolwiek będzie czy z kulturą czy ze sportem czy z jakimiś kontaktami międzynarodowymi, bo wielu światowych polityków znam osobiście to oczywiście bardzo chętnie przyłącze się, jeśli mogę pomóc. Cieszę się, że mamy w tej chwili takiego wspaniałego prezydenta, który jest otwarty i na świat i na Europę i będzie mógł współpracować z rządem i wprowadzać reformy do naszego życia.

Ponoć Pana mama, Pani Joanna Fibakowa, gdy miał Pan 13 lat zaczęła zbierać wycinki prasowe o Panu i ponoć zbiera je do dziś?

Tak, to prawda. Ponad 30 takich tomów, a może nawet już dziś więcej jest w rodzinnym domu. Albumów wypełnionych wycinkami od początku moich różnych przygód tenisowych. Jest to kopalnia informacji. Czasem przeglądam, choć rzadko, bo zawsze wszystko w biegu.

Był Pan gwiazdą tenisa, ale był Pan też „celebrytą”, grywał Pan w pierwszych reklamach w Polsce, grał Pan mecze pokazowe, bardzo szybko zaczął prowadzić interesy. Czy takie szerokie pole aktywności nie przeszkadza zawodnikowi w koncentracji na sporcie?

Mnie zawsze interesował świat, ja byłem osobą, która chciała zawsze „pożreć” wszystkie informacje. Do dzisiaj, kiedy jestem w Warszawie czytam i „Wyborczą” i „Rzeczpospolitą” i „Polskę” i „Dziennik” i „Przegląd Sportowy”, po południu dodaję do tego „Herald Tribune” i „L'Equipe” tak więc zawsze, jeśli nie zdążę czegoś rano to czytam w nocy żeby zawsze wszystko o wszystkim wiedzieć. Mnie zawsze interesowały i różnego rodzaju biznesy i sztuka i polityka i kultura i oczywiście sport. Pasjonuje się też innymi dyscyplinami, teraz na przykład się kończy Tour de Franc, śledzę wszystkie etapy, i to, co, kto, gdzie. Interesuje mnie też piłka nożna, tak więc jest w tym dużo respektu, szacunku dla innych, dla ludzi, którzy do czegoś doszli. Wszystko mnie naturalnie interesuje, a że przy okazji poznałem wiele osób ze świata sztuki, świata kultury czy filmu no to też było naturalne, bo oni też albo kolekcjonowali sztukę albo interesowali tenisem. To było po prostu naturalne, tak się moje życie potoczyło.


Mówi się o Pana międzynarodowych kontaktach towarzyskich z gwiazdami światowego showbiznesu – Carla Bruni, Eric Clapton, Jack Nicholson czy Robert de Niro, czy międzynarodowe gwiazdy odwiedzały Pana prywatnie w Poznaniu?

Oczywiście, Robert de Niro był u mnie 2 razy w Poznaniu. Był na otwarciu Gazety Poznańskiej kiedy byłem jej właścicielem i jeszcze raz przyleciał do moich rodziców. Tak więc moja mama gotowała dla Roberta de Niro. A do Polski też zapraszałem. Kiedyś też z Robertem de Niro odwiedziliśmy Lecha Wałęsę, kiedy jeszcze nie był prezydentem, za czasów Solidarności, kiedyś chyba też zaprosiłem Roberta na spotkanie z młodzieżą na Uniwersytecie Warszawskim.

Zgromadził Pan największą kolekcję malarstwa szkoły paryskiej tzw. "Ecole de Paris". Zbiór w latach 90'tych wystawiały muzea w całej Polsce, a eksperci zachwycali się spójnością tej kolekcji. Od kilku lat pojedyncze obrazy z tego zbioru można spotkać na aukcjach gdzie osiągają zawrotne ceny. Obraz „Rybak” Eugeniusza Zaka, który widnieje w katalogu z Pana wystawy, widziałem w ubiegłym roku na aukcji Polswiss Art gdzie został sprzedany za ponad 700 tysięcy złotych, czy Pana kolekcja szkoły paryskiej jeszcze istnieje?

Kolekcja w całości nie istnieje, to, co Pan pokazuje to jest wystawa z 92 roku w Muzeum Narodowym w Warszawie, w Poznaniu i Krakowie, i powiedzmy, że tam było pokazanych 300 obrazów, to z tego w naszych zbiorach rodzinnych dalej jest może połowa z tego. Część się rozproszyła, była wymieniona czy sprzedana, ale w międzyczasie zakupiłem kolejnych kilkaset innych obrazów. Kolekcja jest żywa, ja od 10 lat skoncentrowałem się głównie na sztuce współczesnej, kupuje prace Tadeusza Kantora, Jana Lebensteina, Wojciecha Fangora, Teresy Pągowskiej i innych, i jestem takim kolekcjonerem który zmienia gusty. Oczywiście Ecole de Paris była dla mnie wyzwaniem w późnych latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ale później zacząłem zbierać co innego, co nie znaczy, że nie mam jeszcze słabości do Ecole de Paris.

Ile ma Pan dziś obrazów?

To nawet trudno powiedzieć, ale na pewno w zbiorach rodzinnych jest kilkaset obrazów. Kolekcja polskiej sztuki współczesnej to było kolejne wyzwanie. Ale w między czasie zbierałem też sztukę światową, Jean Michel Basquiata czy Andy Warhola, tak więc kolekcja nie może być martwa. Kolekcja musi być żywa, musi się poruszać.

Zaczynał Pan przygodę ze sztuka jako kolekcjoner, dziś równolegle jest Pan marszandem - handluje Pan sztuką, ale czy są obrazy, jakich nigdy by Pan nie sprzedał?

Oczywiście, że jest wiele takich obrazów, z którymi jestem bardzo związany. I obrazy Tadeusza Makowskiego i Władysława Śliwińskiego i Mela Muter i Zygmunt Menkes z kolekcji starszej. Ale tez wiele obrazów współczesnych, czy Tadeusza Kantora czy Wojciecha Fangora. Jest wiele obrazów z którymi bym się nie rozstał. Tu też moja żona ma coś do powiedzenia, kobiety się jeszcze bardziej wiążą z obrazami, tak więc nawet jakby ktoś chciał taki obraz wyciągnąć z naszej kolekcji to byłoby bardzo trudno. To jest ciągle żywe, to się ciągle zmienia. A ta moja galeria to działa trochę jak fundacja, trochę jak takie muzeum prywatne jest to bardziej kwestia popularyzacji polskiej sztuki współczesnej. Jeśli ktoś jest w Warszawie i przechodzi Krakowskim Przedmieściem to zapraszam do galerii Fibak.

Pana przyjaciel Roman Polański od kilku dni jest wolny, od początku stał Pan w jego obronie.

Tak, to jest słuszna decyzja wymiaru sprawiedliwości Szwajcarii, to była jedyna decyzja, jaką mogli podjąć. Ta sprawa powinna już dawno ulec przedawnieniu, po tylu latach w jakimkolwiek demokratycznym kraju nie powinien Roman Polański być ścigany. Cieszę się, że jest wolny, że może pracować, że już nie jest w areszcie.

Po Poznaniu chodziły jakiś czas temu plotki ze rozważał Pan zakup pałacu von Treskow w podpoznańskich Owińskach, czy to prawda?

Jak gdzieś są jakieś nieruchomości, to ja zawsze jadę sprawdzić. I potem są plotki czy w Nowym Jorku czy Francji, bo często faktycznie tak bywa, że oglądam. Ja cały czas kupuję nieruchomości, bardzo mnie to fascynuje, ale na ten temat akurat nic nie wiem
http://www.epoznan.pl/news-news-20052-W ... niu_2_razy
Awatar użytkownika
Joao
Posty: 6462
Rejestracja: 17 lip 2011, 8:19

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Joao » 22 lip 2011, 20:24

Kolejny artykuł o biografii Fibaka.
Niektórzy pytani o Wojtka wywracają oczy, jakby coś niestosownego wiedzieli, ale oficjalnie nie chcieli mówić. Mnie tacy rozmówcy nie interesowali. Ludzi powinno się oceniać po tym, czego dokonali, a nie po tym, czy piją, czy mają trzecią żonę lub czy są skąpi - przekonuje autor książki.

Jest czerwiec 1986 roku, piłkarski mundial w upalnym Meksyku. W hotelowym pokoju do snu przygotowują się dwaj dziennikarze- korespondenci z Polski: Daniel Passent z „Polityki” i Tadeusz Olszański, kierownik redakcji sportowej Krajowej Agencji Wydawniczej. - Daniel, ty powinieneś o Fibaku napisać - rzucił Olszański rytualnie zakładając piżamę.

Ta z pozoru banalna oferta, zważywszy ówczesny kontekst polityczny, wcale taką nie była: w Polsce PZPR wciąż była przecież „przewodnią siłą narodu”, a Passent był przedstawicielem - było nie było - reżimowego pisma, na łamach którego bronił stanu wojennego. Bohaterem książki miał być zaś zawodowy tenisista, obywatel świata, który wybrał życie na Zachodzie, kłuł w oczy swoim imperialistycznym „luksusem” i jeszcze sympatyzował z „Solidarnością”.

Nie ma sensu na romanse

Passent przyznaje, że nie bardzo był przekonany do pomysłu: - Jak to mówią: nie ma sensu na romanse, rano rosa, w południe gorąco, wieczorem komary kąsają - żartuje publicysta.

Ale Olszański dopiął swego. - W KAW-ie wydawaliśmy serię „Bohaterowie stadionów”, która w latach 80. rozchodziła się w bajecznych nakładach. Fibak jak najbardziej nadawał się na bohatera, pomimo, że był politycznie niepoprawny. Ale, podobnie jak w przypadku książki o lwowiaku Wacławie Kucharze, tę też udało się przepchnąć przez cenzurę - wspomina Olszański.

O ile znanego hungarystę można nazwać „ojcem chrzestnym” książki Passenta, o tyle matką chrzestną była Agnieszka Osiecka, która nieco wcześniej w Nowym Jorku spotkała się z Fibakiem. Tenisista, jego zainteresowania sztuką oraz styl życia wywarły na znakomitej poetce i autorce piosenek piorunujące wrażenie. - Wojtek jest generalnie mistrzem robienia wrażenia na ludziach. Jest inteligentny i bystry, dla każdego ma dobre słowo, czas, zainteresowanie - potwierdza Daniel Passent.

Jeszcze jeden powód, chyba też nie bez znaczenia - Osiecka ma z Passentem córkę Agatę, która uprawiała tenis. Jej rodziców z dużym prawdopodobieństwem można nazwać jednymi z prekursorów KOR-u, czyli osławionego w światku tenisowym nieco później Klubu Oszalałych Rodziców.

- Książka powstała z fascynacji jednym z pierwszych sportowców, który w latach 70. wyrwał się z Polski i komunistycznego systemu, robiąc karierę na Zachodzie - opisuje Passent.

Nic do ukrycia

Nad książką autor pracował dwa lata: na zaproszenie Fibaka był u niego w domach w Greenwich w USA i w Paryżu, rozmawiał z rodziną, z najbliższymi, kolegami, pierwszymi trenerami, bywał na turniejach wielkoszlemowych w Nowym Jorku i na kortach im. Rolanda Garrosa, rozmawiał z wieloma tenisistami, z przyjaciółmi Fibaka, m.in. z pisarzem Jerzym Kosińskim, a także ze znawcami i krytykami sztuki. - Chwilami towarzyszyłem Fibakowi na każdym kroku - przyznaje Passent.

Książka składa się z krótkich rozdziałów, które można czytać na wyrywki, jako osobne opowiastki, pełne anegdot i smaczków. Jedna z nich wiąże się z Ivanem Lendlem. Czeski tenisista, numer 1 na świecie w drugiej połowie lat 80., był podopiecznym Fibaka, który był z kolei dla „Ivanka” nie tylko trenerem, ale też menedżerem, bratem, ojcem i psychologiem w jednej osobie. - Nasze zaufanie było pełne. Po każdej piłce w trakcie meczu wymienialiśmy spojrzenia i Ivan już wszystko wiedział - opisuje Fibak. Gdy Passent spotkał się z Lendlem, ten akurat brał masaż w „stroju Adama”. - Chciał, by przy rozmowie koniecznie był Wojtek, bo on nie ma nic do ukrycia... - śmieje się Passent.

Ale historia z Lendlem to też cierń w boku Fibaka. Ich współpraca skończyła się nagle i dosyć gwałtownie, a Czech miał nawet się wyrazić, że „o rok za późno”. - To był jeden z większych błędów w moim życiu. Ale ja już miałem sztukę, obrazy i nie chciało mi się latać z nim do Tokio czy Australii - wspomina Fibak, dodając, że dziś pozostają przyjaciółmi, zapraszają się na pokazowe mecze i turnieje. - W ich relacjach kryją się jednak jakieś niedopowiedzenia, niejasności - dodaje Passent.

I zauważa jedną znamienną rzecz - wokół Fibaka istnieje swoista sfera tematów tabu, insynuacji, plotek. - Niektórzy pytani o Wojtka wywracają oczy, jakby coś niestosownego wiedzieli, ale oficjalnie nie chcieli mówić. Mnie tacy rozmówcy nie interesowali. Uważam, że ludzi powinno się oceniać po tym, czego dokonali, a nie po tym, czy piją, czy mają trzecią żonę lub czy są skąpi - precyzuje Passent.

Bolesne uderzenia dłuta

Pierwsze wydanie książki ukazało się w 1990 roku i rozeszło błyskawicznie. - Książka została zaczytana na śmierć. Nie posiadam ani jednego egzemplarza tego wydania - przyznaje Olszański.

Relacje autora z bohaterem stały się jednak napięte, gdy Passent trochę wcześniej zaczął publikować książkę w odcinkach na łamach miesięcznika „Literatura”. Fibak mocno się od niej zdystansował. Powiedział m.in., że „nie mogła mu (Passentowi) wyjść”, że „się pod nią nie podpisuje”. - Ostatecznej wersji książki Wojtek nie znał, bo wiedziałem, że chciałby mnie przekonać, że było inaczej - wspomina autor.

Z czasem jednak Fibak docenił pracę autora. - Cenię sobie styl, dowcip i zmysł obserwacji Daniela, aczkolwiek on żongluje, bawi się moimi myślami - mówi dziś. - Ale to w ciekawej formie napisana historia tenisa w Polsce, wspaniale opisane przekraczanie barier w jego rozwoju.

Mimo wszystko autor spotkał się z krytyką, że Fibakowi wystawił pomnik. - Dla mnie to akurat nie zarzut, bo ja nie byłem zainteresowany pisać źle o Wojtku. Ale trzymając się terminologii myślę, że jako rzeźbiarz niektóre uderzenia mojego dłuta były dla niego bardzo bolesne - przekonuje Passent.

Dotyczy to zwłaszcza końcowego rozdziału, opisującego wydarzenia ostatnich 20 lat, których pierwsze wydanie nie mogło objąć - a więc porażki w biznesie, rozwód z żoną Ewą i podział majątku, w tym słynnej kolekcji polskiego malarstwa „szkoły paryskiej” przełomu XIX i XX wieku; wreszcie skandal obyczajowy z 1997 roku.

- Fibak jest miłośnikiem piękna, w tym pięknych kobiet - zauważa Passent. W latach 90. prasa rozpisywała się o jego „fascynacjach”, m.in. o związku ze słynną modelką Claudią Schiffer. W paryskim domu Fibaka odbywały się huczne imprezy, na których oprócz gwiazd świata mody, filmu i rozrywki bywało mnóstwo młodych i pięknych dziewczyn z Polski, marzących o wielkiej karierze na Zachodzie. „Nikt nikogo tam nie gwałcił - sami się garnęli” - cytuje Passent Tomasza Iwańskiego, byłego tenisistę, a dziś znanego trenera.

Znalazły się i prostytutki, które złożyły na policję oskarżenie o molestowanie w domu Fibaka, ale pod nieobecność gospodarza. On sam i jego przyjaciel, aktor Robert De Niro, byli przesłuchiwani, bo znaleźli się na liście klientów międzynarodowej siatki call-girls. Ostatecznie Fibakowi nie postawiono zarzutów, ale skaza na wizerunku pozostała.

Jak to ze „Sportem” było

Fibak inwestował w różne branże. Na początku lat 90. zaangażował się w wyścig do pierwszej prywatnej koncesji telewizyjnej po stronie Mirosława Chojeckiego, członka Komitetu Obrony Robotników, twórcy podziemnego wydawnictwa NOWA. Ale nieoczekiwanie wszystkich ubiegł Zygmunt Solorz. - To była moja największa porażka w biznesie - przyznaje Fibak.

Założył jednak spółkę Fibak Press i został właścicielem „Sportu”, a także katowickiej drukarni - podobno wówczas największej w Polsce - oraz dziewięciu innych gazet regionalnych. Na otwarciu siedziby „Gazety Poznańskiej” zjawił się nawet sam De Niro.

Ale wydawanie prasy przerosło Fibaka. W redakcji gazety był rzadkim gościem, nie pamięta żadnych nazwisk, redaktora naczelnego. Za to zameczek w Promnicach, który należał do partnerów z firmy Noma, jak najbardziej. „Jak przyleciałem z Nowego Jorku do tej drukarni, jak zobaczyłem te dwa tysiące ludzi, jak pomyślałem, że ci ludzie mają wobec mnie pewne oczekiwania, a wtedy Śląsk wyglądał trochę inaczej niż dzisiaj, to obleciał mnie strach, że to nie dla mnie, że nie czuję się w tym dobrze, kontakty z władzami, wojewoda, minister”... - cytuje Fibaka Passent.

Gdy w Sankt Moritz poznał szwajcarskiego wydawcę Joerga Marquarda, z ulgą szybko sprzedał mu swoje „prasowe imperium”, w tym także „Sport”.

Trzeci set

Dwadzieścia lat później Passent i Fibak spotkali się przypadkowo i postanowili wznowić książkę, obejmującą także ostatnie 20 lat. - W życiu Fibaka zaszło bardzo wiele zmian, ale pozostały jego najlepsze cechy - inteligencja, szybkość, bystrość, nieprzeciętna głowa. No i dystans, jaki mają do niego niektórzy rozmówcy - przyznaje Passent.

Dziś Fibak odbudowuje powoli swoją pozycję prestiżową i materialną. W 1999 roku poznał Olgę Sieniawską, będącą mniej więcej w wieku córek z pierwszego małżeństwa (Agnieszki i Pauliny), z którą się ożenił i ma 6-letnią córkę, Ninę. Unikają rozgłosu. Kupują i remontują domy w Konstancinie i Warszawie, a także w Alpach Francuskich. Stworzyli też nową kolekcję, polskiego malarstwa współczesnego.

Wartością książki Passenta jest kilka ciekawych zdjęć z prywatnego archiwum Fibaka. Szkoda jednocześnie, że tak ciekawe wydawnictwo zawiera tyle błędów redakcyjnych i korektorskich (np. Solorz ma na imię Zbigniew), ile w codziennej gazecie. Ta rywalizacja książce chluby jednak nie przynosi, nawet jeżeli wydawanie prasy nie było sukcesem Wojciecha Fibaka.
http://www.sports.pl/Passenta-potyczki- ... 1,289.html
Awatar użytkownika
Joao
Posty: 6462
Rejestracja: 17 lip 2011, 8:19

Re: Wojtek Fibak

Post autor: Joao » 22 lip 2011, 20:25

Wojciech Fibak: wywiad o sztuce i biznesie.
Spoiler:
http://biznes.onet.pl/wojciech-fibak-w- ... news-detal
ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości