mtenis.com.pl

mtenis.com.pl

miejsce sympatyków tenisa
Dzisiaj jest 18 lis 2018, 21:13

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 3 ] 
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 01 maja 2017, 1:48 
Offline
Moderator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 sie 2011, 0:34
Posty: 23881
Nie ukrywam, że czekałem na ten moment i nie mam na myśli tylko tego, że napiszę coś po raz 20000. Taka jest różnica między sportem zespołowym, a indywidualnym. W tym drugim nawet będąc słabym, wciąż można z kimś wygrywać i wciąż można być ważnym, w drużynówkach kiedy stajesz się bezużyteczny, w 99% procentach praktycznie przestajesz istnieć.

Ten krótki wstęp dotyczył niestety bohatera tego wpisu. Można się zastanawiać, czy ostatnie 4 lata były potrzebne, tzn. pewnie były, bo miał za dużo paliwa w baku, żeby zwinąć się w wieku 36 lat, ponadto kilka fajnych wspomnień z występów w Nets i Wizards zostało. Z drugiej strony, to że nie zakończył kariery w Celtics jest jedną z większych porażek w moim kibicowskim życiu. Dużo łatwiejsza jest z kolei ocena epizodu w Clippers, który był jednym wielkim nieporozumieniem, aż wypadałoby zacytować najsłynniejsze zdanie słynnego występu Zbigniewa Stonogi. Sporo już o tym pisałem, ani on tam nie pasował, ani oni nie mieli specjalnie pomysłu jak go wykorzystać, w dodatku stawał się coraz wolniejszy, właściwie niezdolny do gry z piłką na poziomie NBA, to wszystko spowodowało szereg naprawdę upokarzających sytuacji, które nie powinny mieć miejsca.

Można było odejść w 2015, po naprawdę świetnych PO, można było lepiej wybrać drużynę albo po prostu zostać w Waszyngtonie, zamiast robić z siebie nie powiem co i gonić za pierścionkiem. Mówiąc krótko, można było dużo lepiej rozegrać ostatni etap kariery, ale mówi się trudno, nie pora teraz to roztrząsać. I przede wszystkim, nie pora narzekać, dlatego w tym momencie kończę z rozdziałem pod tytułem Los Angeles Clippers, przechodząc do przyjemniejszych rzeczy. Jeden dobry mecz miał, jak wrzucił Jazz ponad 20 punktów w drugi dzień świąt.

Nie lubię słowa idol, sto razy o tym wspominałem, kojarzy mi się z głupkowatymi gimbusami, którzy są ślepo zakochani w jakimś typie messironaldopodobnym i nie skrytykowaliby go nawet wtedy, gdyby wyszedł na miasto i zaczął zabijać ludzi. Chyba nigdy taki nie byłem i już na pewno taki nie będę, choć zrzędą, której zawsze coś nie pasuje stałem się dopiero jakiś czas temu. Pisałem to o Rustym, spokojnie mogę napisać o Paulu, bo to chyba jedyne osoby, które w ostateczności mógłbym mianem tego nieszczęsnego idola określić. W przypadku których momentami byłem baaaardzo daleko od obiektywizmu, racjonalnej oceny sytuacji i tym podobnego badziewia, które (do takich wniosków niedawno doszedłem) odbiera przyjemność z oglądania sportu.

Teraz sobie przypomniałem, że swego czasu uwielbiałem Santiago Canizaresa, tylko piłka to plebejski sport, więc aż tak bardzo się nie angażowałem.

Za co lubiłem Pierce'a? Ciężko się odpowiada na takie pytania, bo najrozsądniejszą i najbliższą prawdy odpowiedzią, byłoby chyba - za wszystko. Bo jeśli jakieś wady cię od kogoś odpychają to kogoś takiego nie lubisz, dlatego nie lubię Nadala, który kilka pozytywnych cech przecież posiada. Kiedyś wspominałem w jaki sposób poznałem PP, włączyłem TV, zobaczyłem stary Boston Garden, spodobało mi się logo i specyficzny parkiet, a dalej zwróciłem uwagę na gościa, który dziwnie rzuca (wtedy jeszcze odbijał się te kilkadziesiąt centymetrów nad ziemię) i jest tam najlepszy. Od takiego januszowania, z biegiem czasu, doszedłem do momentu, w którym oglądałem praktycznie każdy mecz, a losy całej drużyny stały się dla mnie piekielnie ważne. Najbardziej ceniłem u Paula, co chyba oczywiste, jego zdolność do trafiania wielkich rzutów, gdyby 10-15 lat temu internety były rozwinięte jak dzisiaj (na YT spokojnie można znaleźć jakąś trójkę dającą remis na 25 sekund przed końcem randomowego spotkania), to kompilacja z wszystkich clutch shotów PP trwałaby co najmniej pół godziny. Nawiasem mówiąc, myślę że to jest coś, czego szuka człowiek zasiadający przed odbiornikiem, właśnie takich wyczynów pod presją, odróżniających wielkich sportowców od przeciętnych śmiertelników. Dlatego irytuje mnie czołkowanie w tenisie, kiedy widzę, że facet jest tak podenerwowany, że ma problem z przebiciem piłki/wprowadzeniem serwisu do gry, czyli dotykają go problemy, które mogą dotknąć amatora na prowincjonalnym turnieju, a nie typa zarabiającego chore pieniądze. Tak wiem, wszyscy jesteśmy ludźmi...

Wracając do tematu, gdyby się zastanowić, czy Pierce osiągnął tyle, ile mógł - to chyba tak. Uważam, że po parkietach biegało wielu ludzi z większym talentem, którzy w historycznych zestawieniach mogą czyścić mu buty (pierwszy z brzegu przykład, Melo), Paul dzięki swojemu nastawieniu, pracowitości, doszedł do poziomu pozwalającego mu przepchnąć kilka serii PO mając za parterów kompletnych błaznów (choć uczciwie trzeba przyznać, że w tym czasie większość zespołów na wschodzie było budowanych w myśl zasady - jeden dobry, reszta słaba) oraz być pierwszą opcją zespołu grającego w finałach NBA. Jedyne czego żałuję, to właśnie tego, że najlepsze lata kariery spędził z pierwowzorem JR-ów Smithów tej ligi jako drugą opcją, zresztą sam wspomniał jakieś czas temu, że mogli połączyć siły z KG trochę wcześniej, możliwe, że dałoby to przynajmniej jeden pierścień więcej, a na pewno dałoby to kilka pamiętnych serii więcej. No i żałuję kontuzji Kevina w 2009, bo z nim prawdopodobnie byłoby B2B.

Już raz wrzucałem, to nie jest mój tekst, ale w pełni oddaje mentalność tego faceta - Pierce ma to coś czego nie ma żaden zawodnik tzw.młodego pokolenia. Jest palantem. Nie takim, co sobie wymyślił taki wizerunek, ale genetycznie. Pradziadek Pierce'a był palantem. Dziadek Pierce'a był palantem i ojciec Pierce'e też był palantem. Babcia i matka też, ale w żeńskiej nomenklaturze to się jakoś inaczej nazywa. Pierce wychodzi na boisku i jeśli nawet będzie na nim on i dziewięciu Michaelów Jordanów, to Pierce będzie święcie przekonany o tym, że to on jest najlepszym zawodnikiem na parkiecie. Przeciętny gracz NBA, przy całym talencie i drodze jaką przeszedł, musi się do takiego myślenia mocno przekonywać, a i tak udaje się to kilku procentom. Pierce się z tym urodził. Nie mam co do tego wątpliwości.

Jakieś najfajniejsze momenty? Na pewno jak uciszył tego pajaca Ala Harringtona, rekord punktowy w PO w decydującym starciu z Iversonem, trójeczka w twarz LeBrona z PO 2012, cały G7 z Cavs z 2008, trójka w kontrze z Lakersami (wcześniej Jeff Green gonił przez cały parkiet Jamisona, by sprzedać mu blok), rzut na dogrywkę w tym thrillerze z Nuggets w 2013, punktowy rekord w TD Garden oczywiście w starciu z Jamesem (w tym roku IT chyba go poprawił), game winner i ostatnie zwycięstwo z LBJ w barwach Bostonu* plus kilka, które teraz wyleciały mi z głowy.
No i te oczywiste, mistrzostwo po gwałcie na Lakersach w G6, serie wygrane z Jamesem, ileś tam meczów z rzędu z +30 pkt sprzed stu lat, ostatni run w PO i ostatnia realna szansa na mistrzostwo z 2012, powroty do TD Garden, zwłaszcza pierwszy i ostatni, też były piękne, choć mimo wszystko lepiej, gdyby się nie wydarzyły.
Druga strona medalu. Ostatnie dwa sezony przed utworzeniem BIG3, kiedy różnie to wszystko wyglądało; G7 z finałów z Lakersami, przegrane serie z LeBronem (zwłaszcza ta z 2012, zdecydowanie top 3 w mojej przygodzie ze sportem, być może nawet "1"), G7 z Magic z 2009, poranek kiedy dowiedziałem się o wymianie z Nets, opisana wyżej przygoda z Clippersami. To takie najgorsze, nie wysilałem specjalnie umysłu, żeby przypomnieć sobie więcej.

Myślę, że rywalizacja z Jamesem zasłużyła na oddzielny "akapit". To dzięki Pierce'owi nie cierpię LBJ i jestem mu za to niesamowicie wdzięczny. Wiadomo, w statystykach LeBron jest zdecydowanie lepszy, jest też od Paula lepszym koszykarzem i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale skoro on sam mówi, że PP to jego największy rywal, to zdecydowanie coś w tym jest. Często żałuję, że dzieli ich ponad 7 lat, bo tak naprawdę nigdy nie spotkali się w momencie, w którym obaj byli w szczycie swoich możliwości (chyba najbliżej było w 2008), a znając mentalność Pierce'a, do kolekcji doszłoby kilka pojedynków w stylu tego sprzed dziewięciu lat. Zagrali ze sobą kilka pamiętnych serii, wiele niezapomnianych meczów, obaj mają po parę wielkich rzutów naprzeciw sobie. Nie ukrywam, że na nic nie czekałem tak bardzo jak na kolejne spotkanie Pierce vs LeBron, szczególnie w TD Garden (do momentu odejścia Pierce'a i Garnetta z Bostonu miał tam fatalny bilans James) i zawsze wierzyłem, choć robili się coraz starsi, że uda się klepnąć go w PO po raz ostatni. Piękne wspomnienia, nie zawsze, by nie powiedzieć zwykle, kończyło się happy endem, ale i tak mam do tej rywalizacji sentyment.

Dużo pisałem o Paulu, nie można zapomnieć też o dwóch pozostałych liderach tego super zespołu. Kevina chyba nie pożegnałem w sposób na jaki zasłużył, a zasłużył na naprawdę wiele. Nie lubiłem Garnetta przed przyjściem do Bostonu, nie ukrywam tego, zresztą to taki typ, który pozytywne emocje może wzbudzać tylko wtedy, gdy gra w drużynie, której kibicujemy. Jednak w momencie, gdy założył koszulkę Celtics potrzebowałem ledwie kilku meczów, by pokochać gościa. Walka, serducho do gry, duże boiskowe IQ i wielkie umiejętności, biorąc pod uwagę obie strony parkietu, to on miał największy wkład w sukcesy tej ekipy. Naprawdę wielka szkoda, że nie połączyli sił z 2-3 lata wcześniej... Mówiąc o ulubionym momencie, wspomniałbym chyba te pompki po twardym faulu jednego z przydupasów LeBrona, wprawdzie KG zrobił milion ważniejszych rzeczy, niemniej do dziś przechodzą mi ciary, gdy to oglądam. Niesamowity gość. Wprawdzie o rok spóźnione, ale wielkie podziękowania.
I ostatni z wielkiej trójki, wprawdzie kariery jeszcze nie skończył, jednak tę bostońską już prawdopodobnie tak. Choć z drugiej strony, nawet teraz przyczynił się do awansu Celtcs do kolejnej rundy. Powiedzieć, że opinie o Rajonie są podzielone nie byłoby prawdą, bo tak na oko 80% ma go za cieniasa, który skorzystał na grze z gwiazdami, a tylko te pozostałe 20% uważa, że w pewnym sensie przedłużył tym gwiazdom czas gry o najwyższe cele (jako kluczowe postacie). Dla mnie Rondo w swoim playffowym wydaniu to czołówka na swojej pozycji, a w wydaniu sprzed zerwanych więzadeł lekko licząc top 3. Z drugiej strony to cholerny leń, nabijacz TD, wybierający sobie mecze w RS, w których się stara, i pewnie dlatego ma więcej wrogów niż przeciwników. Mniejsza o to, Rondla zapamiętam z pojedynków z młodym Derrickiem Rosem, z niesamowitych występów w serii z Cavs 2010 i Heat 2012, z tej trójki w G7 z 76ers, po której odetchnąłem z ulgą chyba najmocniej w życiu, no i z tego jak wrócił do gry po bandyckim ataku ze strony Wade'a i grał jedną ręką. Mam nadzieję, że częściej będziemy go oglądać w wydaniu z końcówki sezonu i dwóch meczów w PO niż w tym, w którym stracił miejsce w rotacji.

A Paulowi dziękuję za to, że dzięki niemu polubiłem tę grę, że mogłem go obserwować w lepszych i gorszych chwilach, że mogłem się cieszyć z mistrzostwa prawie tak samo bardzo jak sam bym je zdobył i za wiele innych pięknych przeżyć, których byłem świadkiem. Za ten ostatni uśmiech po jego udanej akcji (dzisiejsze 2+1 w połowie trzeciej kwarty też) oczywiście też.

Być może jestem jedyną osobą na świecie, która tak uważa, być może nie mam racji, nie dbam o to, ale sądzę, że przez te kilka tygodni, między G7 z Cavs a G6 z Lakers Pierce naprawdę był najlepszym koszykarzem na świecie.

Trzymaj się, stary. Znajdź sobie coś, co Cię zainteresuje i pojaw się od czasu w jakimś ESPN czy innym TNT i powiedz coś ciekawego. W przyszłym sezonie #34 i #5 idzie pod dach.



* wspominałem już kiedyś, że jestem głupi w kibicowaniu, więc oczywiście najbardziej lubiłem ich wtedy, gdy byli starzy i nikt już na nich nie stawiał (czyli 2012-2013).



Przegląd niektórych sytuacji, o których wspomniałem powyżej.
Spoiler:

_________________
MTT bilans finałów (9-14)
W: Queen's Club 13, Monte Carlo 14, Australian Open 15, Nottingham 15, Chennai 16, Rio de Janeiro 17, Wiedeń 17, Acapulco 18, Madryt 18
F: Auckland 14, Miami 14, Roland Garros 14, Waszyngton 14, World Tour Finals 14, Rio de Janeiro 15, US Open 15, Estoril 16, Pekin 17, Rio de Janeiro 18, Monte Carlo 18, Rzym 18, Lyon 18, Metz 18


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 01 maja 2017, 10:23 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 lip 2011, 16:13
Posty: 16184
Pewnie byli lepsi, ale jeśli idzie o stopień kultowości, ścisła czołówka w całej historii chyba.

Obrazek

_________________
Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 01 maja 2017, 12:19 
Online
Administrator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 lip 2011, 21:04
Posty: 64262
Lokalizacja: Warszawa
PIERCE, Paul Anthony*

Wczoraj się zorientowałem, że jesteś u progu 20K, ale nie przeszło mi przez myśl, że padnie na taki wpis. Szacun. :ok:

_________________
MTT - tytuły (17)
2017 (1) Cincinnati M1000
2016 (1) Sankt Petersburg
2015 (1) Rotterdam
2013 (3) Montreal M1000, Rzym M1000, Dubaj
2012 (1) Toronto M1000
2011 (4) Waszyngton, Belgrad, Miami M1000, San Jose
2010 (2) Wiedeń, Rotterdam
2009 (2) Szanghaj M1000, Eastbourne
2008 (2) US Open, Estoril


MTT - finały (21)
2018 (3) Sankt Petersburg, Stuttgart, Marsylia
2017 (2) Sztokholm, Indian Wells M1000
2016 (2) Newport, Rotterdam
2015 (1) Halle
2014 (1) Tokio
2013 (2) Basel, Kuala Lumpur
2011 (3) WTF, Cincinnati M1000, Rzym M1000
2010 (2) Basel, Marsylia
2009 (4) WTF, Stuttgart, Wimbledon, Madryt M1000
2008 (1) WTF


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 3 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Przejdź do:  
POWERED_BY