mtenis.com.pl

mtenis.com.pl

Forum tenisowe ATP
Dzisiaj jest 25 lis 2017, 3:07

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 309 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 12, 13, 14, 15, 16  Następna
Autor Wiadomość
PostZamieszczono: 02 lut 2016, 17:20 
Offline
Moderator

Rejestracja: 03 sie 2011, 0:34
Posty: 21397

_________________
MTT bilans finałów (7-9)
W: Queen's Club 13, Monte Carlo 14, Australian Open 15, Nottingham 15, Chennai 16, Rio de Janeiro 17, Wiedeń 17
F: Auckland 14, Miami 14, Roland Garros 14, Waszyngton 14, World Tour Finals 14, Rio de Janeiro 15, US Open 15, Estoril 16, Pekin 17


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lut 2016, 0:23 
Offline
Moderator

Rejestracja: 03 sie 2011, 0:34
Posty: 21397
Odkładałem sobie ten wpis jak najbardziej się dało, w zasadzie mogłem do niego podejść w czwartek po meczu z Ferrerem i później ograniczyć się tylko do kilku słów po deblu, nie tylko dlatego, że chciałem pozbierać myśli i o niczym nie zapomnieć. Takie podsumowanie połączone z podziękowaniem jest właściwie końcem pewnej więzi z zawodnikiem, nic więcej (związane z grą) już się nie wydarzy, pozostaną tylko wspomnienia, jakieś wydarzenia z życia prywatnego (w dobie wszystkich twitterów i instagramów można coś tam śledzić), no i oczywiście stare mecze z odtworzenia. Niby nie jest źle, ale czegoś brakuje. Czegoś najważniejszego.

Odkąd poważniej wciągnąłem się w tenis (a więc czasów świetności Riosa nie biorę pod uwagę) zawsze ciężko przychodziło mi określenie ulubionego zawodnika, może i znajdą się na forum jakieś archiwalne wpisy z okolic mojego debiutu, w których dokonywałem swego rodzaju segregacji, jednakże było w tym dużo działania pod publiczkę (ot tak, żeby się przypodobać). Mogę wymienić 5 facetów, którym przez lata szczególnie kibicowałem, w kolejności alfabetycznej - Gonzalez, Hewitt, Llodra, Mahut, Monfils. Naprawdę, mimo usilnych starań nie potrafiłbym wybrać tego jedynego, dużo zależało od okoliczności, ale zawsze przeklinałem los, gdy musieli ze sobą grać gdzieś na początku. Rusty (najwcześniej się wybił) był na pewno pierwszym tenisistą po wspominanym wyżej Marcelo, który wzbudził moją większa sympatię (choć oczywiście jestem tak głupi, że podobnie jak w przypadku Any najbardziej kibicowałem mu już po największych sukcesach, rozwinę w dalszej części) i w związku z tym jedynym, którego mógłbym w ostateczności określić, nielubianym od czasów gdy wyrosłem z wieku gimnazjalnego, mianem idola. Na pewno był ulubionym zawodnikiem z mojej ulubionej tenisowej generacji, ponadto najbardziej utytułowanym z całej piątki (moich, nie NB), i może właśnie dlatego najtrudniej przyjąć jego odejście. Mimo, że ostatnie lata były bardziej epizodami niż regularnym uczestnictwem, a ja od dobrych kilku lat nie miałem już większych oczekiwań. Albo po prostu robię się coraz bardziej sentymentalny (co zauważam od kilku lat). Pewnie jedno i drugie... Ale starczy już tego wstępu, pierwotnie planowałem napisać coś w obu tematach, turniejowym również, jednak minęło już sporo czasu, więc niech Aussie Open żyje swoim życiem, a ja pozwolę sobie tutaj wrócić do jego ostatnich występów. Poza tym wszystko co przyjdzie mi do głowy, może ucierpi na tym forma. Trudno, tym razem stawiam ilość nad jakość.

Pamiętam co napisałem przed losowaniem Australian Opem - "jeśli te wszystkie opowieści o sumie szczęścia, sprawiedliwości losu czy inne wykluczające czynnik farta w sporcie mają rację bytu, to Hewitt powinien dostać drabinkę w stylu tej Pospisila z Wimbledonu". Niestety nie dostał, choć tragedii nie było. Takie sobie przeciętne losowanie dla nierozstawionego gracza ze stosunkowo łatwą pierwszą i trudną, by nie powiedzieć bardzo trudną, drugą. W meczu z Ducksem nic wielkiego się nie wydarzyło, wykorzystał okazję, by nie żegnać się z AO bez zwycięstwa, pokazał kilka fajnych akcji, coś tam powalczyli i patrząc na to z perspektywy czasu (bo w trakcie oglądania przeczuwałem kolejną wtopę z 2-0) obyło się bez większych komplikacji. Z Ferru, hmmm... dziwnie się ułożyło. Z jednej strony mógłbym napisać to samo co przed chwilą, zamieniając panów rolami, z drugiej ten wynik naprawdę wiele nie pokazuje. To był prawdziwy mecz. Dwa ostatnie sety trwające mniej więcej 2 h (rzadkość dla 64 64), mnóstwo zaciętych gemów i pojedyncze piłki decydujące o końcowym rozstrzygnięciu. Oczywiście prawie wszystkie przegrał i obyło się nawet bez tb, ale zdecydowanie nie można mówić o jakiejś egzekucji w ostatnim singlowym występie. Niby wszystko się zgadzało, do Melbourne przybył vintage Hewitt, nazywający sędziego idiotą, a liniowego kretynem, szalejący po wygranych punktach, pewnie gdyby inaczej polosował (dzieciak, któremu sporo pomagał i Ferrer, którego bardzo szanuje) pojawiłoby się nawet jakieś come on po wpakowanym smeczu w siatkę albo innym banalnym błędzie rywala, jednak czegoś brakowało. Jakiegoś zaciętego starcia rozgrzewającego do czerwoności, bo w końcu jak miał kończyć karierę gość, który na tym zbudował swoją legendę. Ale od czego jest debel? Zaczęło się od uśmiechu losu (choć pewnie by ogarnęli) w pierwszej rundzie, a później wyszli na Hisense... Po drugiej stronie Peers z Kontinenem, zwycięzcy z Brisbane i naprawdę poważny duet. Pierwszy set 2-6, później walka o przetrwanie, w końcu break i wyrównanie (6-4). I wtedy stało się jasne, że czeka nas jeszcze jeden zwariowany mecz z udziałem specjalisty w tej dziedzinie. Publiczność szalała jak nigdy wcześniej i nigdy później podczas tej edycji, coś obronili, później złapali przełamanie, po którym pozostały trzy gemy serwisowe. Dwa Grotha i jeden Lleytona. Biorąc pod uwagę jak Sam serwował tego dnia, można było spokojnie założyć, że tylko w jednym z nich będą problemy. 4-3 serwis Australijczyków, który jak się okazało był ostatnim wielkim momentem Hewitta. Tradycyjnie pierwszy odmówił posłuszeństwa, więc serwował te swoje zdechlaki z drugiego i chodził do siatki, gdzie wyprawiał cuda. Łapał te wszystkie returny pod nogi, zmieniał kierunki, wytrzymał obstrzał rywali, no coś pięknego. Gdy udało się wyjść na 5-3 byłem pewien, że będzie dobrze. Kilka minut później Groth stanął na wysokości zadania, trybuny eksplodowały, a ja niesiony ogromną radością zacząłem snuć piękne scenariusze odnośnie dalszej przygody w turnieju. Niestety kolejnego dnia Sam zagrał nieprawdopodobną padlinę, a przygoda Australijczyków dobiegła końca. Hollywodzkiego zakończenia nie było, ani w singlu, ani w deblu, skończyło się na trzech wygranych spotkaniach i odpadnięciu w drugiej i trzeciej rundzie. Trochę szkoda, może faktycznie jakiś spektakularny koniec był z gatunku science-fiction, ale awans do drugiego tygodniu szło zrobić. Trochę więcej szczęścia w losowaniu (o tym jeszcze będzie ...), a mógł stać w poniedziałek na RLA naprzeciw Murraya. Inna sprawa, że w ciągu tych trzech spotkań wmanewrowałby się w kolejny horror i nie jest powiedziane, że skończyłby się on równie pomyślnie co ten w deblu. Te ostatnie zdania oczywiście tytułem dygresji, porażka z ósmą rakietą świata na pewno nie była dyshonorem...

Marudzę, bo czuję lekki niedosyt. Wspominałem już kilka razy podczas tego australijskiego lata o naprawdę świetnej formie, zdecydowanie najlepszej od sukcesu w Brisbane. To nie był ten Rusty, spływający z Beckerem, któremu odcięło prąd po dwóch godzinach biegania. Podczas tej dłuższej przerwy przed zeszłorocznym Wimbledonen sporo popracował nad kondycją, najprawdopodobniej nie chciał przegrać kolejny raz tylko dlatego, że nogi odmówiły posłuszeństwa i zarówno w drugiej części 2015 (ani z Tomicem ani z Nieminenem nie przegrał przez braki kondycyjne) jak i teraz był pod tym względem mocny. Rzecz jasna na tyle, na ile się dało, bo mówimy o prawie 35-letnim facecie z przejściami, którymi mógłby obdzielić połowę touru. Tak czy inaczej, zarówno tenisowo jak i fizycznie był gotowy na duży wynik, stąd nieco żałuję, że ten styczniowy kalendarz nie wyglądał trochę inaczej. Występ w pucharze Hopmana był rzecz jasna logiczny - nawet porażka nie eliminuje z turnieju, co pozwala na złapanie rytmu bez względu na początkową dyspozycję, z kolei w drugim tygodniu chyba jednak zagrałbym w Sydney. Nie w tej pokazówce z Nadalem i spółką, w której wziął udział, ale w normalnym turnieju na normalnych zasadach. Biorąc pod uwagę przebieg imprezy tj. trudne warunki, sporo niespodzianek, tankującego Tomica, zdecydowanie szło odegrać poważniejszą rolę. Tyle tylko, że od początku planował wycieczkę po Australii, chciał dotrzeć do rodzinnej Adelajdy, a granie pokazówek dało mu taką możliwość. Perth, Sydney, Adelajda, Melbourne - właściwie wszystkie najważniejsze miasta odwiedzone, co też jest fajną sprawą jak na ostatnią przygodę. W takich chwilach najlepiej byłoby nieco udoskonalić filmowy dzień świstaka i dać możliwość pożegnania na oba sposoby - ten bardziej sportowy i ten bardziej sentymentalny. W ogóle niegłupim pomysłem byłoby wydłużenie australijskiego okresu sezonu o kilka tygodni (miesiąc?), choć w tym przypadku nie chodzi o sugestie odnośnie kalendarza ATP, więc nie będę kontynuował. Po prostu szkoda, że taki tenis na nic się nie zdał, a ten ostatni taniec trwał mniej więcej tyle co, no nie potrafię znaleźć błyskotliwego porównania w granicach dobrego smaku, chodzi o to, że był krótki. Ale całkiem dramatycznie znowu nie było - w świetnym stylu wygrał z Sockiem, stoczył wyrównane boje z Veselym i Dolgopolovem (oba szło przechylić na swoją stronę), pokonał Nadala w tej zabawie, odesłał bez większych problemów fatalnego Verdasco oraz praktycznie zremisował z Cilicem. Ta sama historia co z Aussie Open, nie jest źle, ale mogło być lepiej.

Dobra, małe podsumowanie sezonu 2016 mam już za sobą, to znak, że przyszła pora na ważniejszą część tego "przemówienia".

O charakterze Lleytona można by pisać książki, pieśni pochwalne, opowiadania dla dzieci i co tam jeszcze ktoś sobie wymyśli. Na tę chwilę chyba tylko Connors może stać z nim na jednej półce, jeśli chodzi o ambicję, waleczność, nieustępliwość (na ocenę Nadala trzeba jeszcze poczekać, tzn. jak poradzi sobie w sytuacji, gdy skończy się granie o największe trofea). Dawno, dawno temu bodajże Daren Cahill powiedział coś niesamowicie prawdziwego i jednocześnie pięknego, mimo starań nie znalazłem cytatu, ale brzmiało to mniej więcej tak - można go wrzucić w najgorsze miejsce na ziemi, otoczyć kort tysiącem wrogo nastawionych ludzi i postawić po drugiej stronie najlepszego tenisistę świata, a on i tak będzie walczył od pierwszej do ostatniej piłki jakby od tego zależało jego życie. Taki właśnie był, zarówno w momencie gdy rywalizował o największe trofea, później gdy próbował przezwyciężyć przeciwności losu i wrócić do ścisłej czołówki oraz na ostatniej prostej gdy wyprany z większości atutów, nieraz zmagający się z ogromnym bólem i problemami natury kondycyjnej stawał naprzeciw kolejnych zawodników. Na wspomnienia poszczególnych spotkań przyjdzie jeszcze pora, choć chyba wszyscy śledzący jego losy potrafią w tej chwili przypomnieć sobie sytuacje pasujące do każdego wymienionego okresu. Kontynuując, kiedyś przeglądając koszykarskie fora przeczytałem fajne zdanie na temat Paula Pierce'a - "Pierce ma to coś czego nie ma żaden zawodnik tzw. młodego pokolenia. Jest palantem, nie takim, co sobie wymyślił taki wizerunek, ale genetycznie. Pierce wychodzi na boisku i jeśli nawet będzie na nim on i dziewięciu Michaelów Jordanów, to Pierce będzie święcie przekonany o tym, że to on jest najlepszym zawodnikiem na parkiecie". Przenosząc to na realia tenisowe, wydaje mi się, że Rusty też jest takim pozytywnym palantem. Dostawał baty od Federera, a do pewnego czasu prawie przed każdym kolejnym meczem opowiadał, że tym razem może wreszcie znajdzie na niego sposób, później wychodzili na kort, znowu przegrywał (w końcu mierzył się z najlepszym w historii), ale człowiek miał świadomość, że zrobił wszystko co w jego mocy, by wreszcie odwrócić tę rywalizację (ba, do pewnego momentu śmiem twierdzić, że uważał się za lepszego tenisistę od Szwajcara, tylko w obliczu faktów trochę głupio było o tym mówić). Nawet w Melbourne na konferencji po pierwszej rundzie na pytanie ile chce tu jeszcze wygrać, odpowiedział - "I want six more". Niby nic odkrywczego, bo co innego miał powiedzieć (choć dzisiejsi herosi pewnie wybrnęliby z "twarzą" w podobnej sytuacji), jednak mam wrażenie, że on gdzieś głęboko w duszy, jakąś malutką częścią siebie, naprawdę wierzył w te słowa i oczami wyobraźni widział czekający na niego puchar Normana Brookesa. Wiadomo, ktoś powie, że czymś takim tylko się ośmiesza. Ale jak ten Pierce wychodząc ze swoim nastawieniem zrobił lepszą karierę niż wielu bardziej utalentowanych koszykarzy, tak podobne podejście Rusty'ego w mojej opinii odegrało niemałą rolę w kolejnych sukcesach. Czytając wszystkie podziękowania zawodników (głównie z serwisów społecznościowych) właściwie w każdym możemy znaleźć tekst w stylu - "największy/jeden z największych competitor/ów (nie mogę znaleźć polskiego odpowiednika, może mam zaćmienie umysłu), tu wystarczy przypomnieć sobie końcówkę meczu z Ferrerem. Stoją przy siatce, coś sobie gadają, później podaje rękę sędziemu i podchodzi do niego facet, by poinformować o planach pożegnalnej ceremonii, wtedy Lleyton coś tylko odburknął i poszedł na ławeczkę. Oczywiście później się ogarnął, dał piękne przemówienie, długo żegnał się z widownią, ale w tej krótkiej chwili, o której wspominam, gdy emocje jeszcze buzowały, najchętniej starym zwyczajem spakowałby się w 15 sekund i wściekły opuścił kort, mimo że kolejnej okazji na powrót już by nie było. Taki to jest gość.

Ale mnie najbardziej imponowała jeszcze niewymieniana cecha. Używając terminologii bokserskiej - odporność na ciosy. Wielu zawodników, gdy zostaną ośmieszeni, albo duszą to w sobie (jeśli są zbyt ubodzy technicznie, by spróbować rewanżu) albo są gotowi zmarnować kilka punktów, byle tylko się odgryźć (bryluje w tym Federer). Lleyton z kolei potrafił przyjąć to na klatę i błyskawicznie się zresetować (podobnie ma Nadal), rozumiał że to tylko jeden punkcik, który wcale nie musi wpływać na losy meczu. Sam w swojej "przygodzie" z tenisem miałem i w sumie wciąż mam ten problem, dlatego chyba jeszcze bardziej podziwiam tę cechę.

Z kolei dopełnieniem tego wszystkiego, i chyba ostatecznym powodem dlaczego tak polubiłem tego faceta (gra oczywiście też miała spory wpływ) był jego kortowy styl bycia. Wybaczcie, nie kupuję tego pięknego połączenia walczaka, który rozszarpałby rywala podczas wymiany, by jednocześnie w przerwach między nimi sprawiać wrażenie niezdolnego do skrzywdzenia muchy. Jeśli ktoś jest wojownikiem to musi mieć w sobie coś z bad boya, wówczas takowy wizerunek wydaje się znacznie bardziej prawdziwy. W wielu grach zespołowych są zawodnicy, których lubimy (wtedy wręcz uwielbiamy) gdy grają w naszych zespołach, a nienawidzimy gdy grają przeciwko naszym. Z Hewittem na pewnym etapie kariery było podobnie, długo bywał w czołówce wszystkich rankingów najbardziej hejtowanych sportowców, z kolei fani byli gotowi skoczyć za nim w ogień. Owszem, nieraz przekraczał granice i naprawdę ciężko było go bronić, ale tu podobnie jak w przypadku nastawienia, mógł być kolejny klucz do większości sukcesów (również rozwinę w dalszej części).

Co więcej Lleyton jest chyba ostatnim symbolem mojego dawnego kibicowskiego świata. Czasów, w których człowiek skazany był na uprzejmość ES (całe szczęście, wtedy pokazywali dużo więcej niż teraz), kiedy wyniki sprawdzał w telegazecie, a Wimbledon oglądał na jakimś niemieckim kanale podczas wakacji u babci (DSF chyba). Oczywiście wszystko stopniowo się zmieniało, dostałem internet, poznałem streamy, coraz bardziej rozumiałem tenis i poszerzałem swoją wiedzę. Ale wciąż nie byłem tym wszystko racjonalizującym złośliwym zgredem, którym stałem się w ostatnich latach. Naprawdę z łezką w oku wspominam te chwile z początku XX wieku, kiedy z rana zrywałem się z łóżka i biegłem do odbiornika telewizyjnego szukając miłych wiadomości na stronie 209 (później były wyniki live - chyba 821) oraz te późniejsze, gdy nie analizowałem każdego seta pod kątem ważniejszych pojedynków i potrafiłem robić sobie nadzieje przed kolejnymi meczami. Gdy tenis angażował mnie na tyle, że gdyby trwał 24 h na dobę, to szukałbym na czarnym rynku wspomagaczy pomagających mi uniknąć snu.
W związku z powyższym jest też jedynym zawodnikiem, którego starałem się naśladować (później już byłem za stary by uczyć się np. forehandu Gonzaleza czy regularnego serve and volley), czapkę zakładam tylko daszkiem do tyłu, niedawno uświadomiłem sobie, że wciąż atakuję forehandem wysokie piłki po hewittowsku, o zachowaniu nie wspominając. Spokojnie, spokojnie, ostatnie odnosi się tylko do dziecięco-nastoletnich czasów. Kiedy na prowizorycznych kortach tworzonych u babci oraz tych normalnych, na których przyszło mi trenować część z nas naśladowała któregoś z new ballsów (ewentualnie Agassiego). Zresztą, skoro już piszę o wszystkim, pozwolę sobie lekko rozwinąć i ten wątek. Wspomniane wakacje u babci - ja, brat i dwaj kuzyni, do dyspozycji dwa własnej roboty korty. Jeden na trawniku w ogródku, drugi na betonowej ulicy, oczywiście w żadnym wypadku wymiarowe, z siatką bardziej przypominającą tę do mini tenisa niż regulaminową, bez kar serwisowych (łatwo wyobrazić sobie, że gdy trochę podrośliśmy i nauczyliśmy się grać, kończyło się głównie tb). Próbowaliśmy też stworzyć coś przypominającego cegle ale granie na zwykłej ziemi nie zdało egzaminu, z kolei dokładne kruszenie cegłówek było zbyt czasochłonne. Początki to głownie zabawa, ledwo coś odbijaliśmy, nie liczyliśmy prawidłowo punktów i większą frajdę sprawiało poodbijanie z dorosłymi, ale z biegiem czasu wszystko przybrało dużo bardziej poważną formę. Graliśmy 4 Szlemy, od czasu do czasu (gdzie pojawiali się inni zawodnicy) jakiś mniejszy turniej (3 na betonie, gdzie podczas RG trzeba było serwować po przekątnej, by zminimalizować znaczenie podania; 1 na trawie), zaczynaliśmy od półfinałów, każdy wybierał sobie jednego zawodnika i zabawa trwała. Starszy kuzyn brał Feda (i z reguły wygrywał), młodszy Agassiego (w ostatnie wspólne wakacje już młodego Nadala), brat Roddicka, ja Hewitta. Klasyka udało się zdobyć tylko raz, w końcowej fazie naszych "karier", kiedy Fed odpuścił sobie treningi i był już dużo słabszy, a Hewitt wykorzystał mentalną przewagę nad pozostałymi graczami. Może to brzmi jak fajne zabawy w gronie rodzinnym, ale była to również nieprawdopodobna rywalizacja, do dziś mam w pamięci kilka spotkań z tego okresu, scen w których po udanym lobie (kort był nawet dość długi, ale na tyle wąski, że dla mnie łatwiejsze było zagranie loba niż minięcia) czy woleju darłem się come on jak chory psychicznie, napiętą atmosferę między grającymi po zakończonym pojedynku (mniej więcej do dwóch godzin), którą starał się rozładować akurat sędziujący oraz niesamowity ładunek emocjonalny podczas tych wszystkich ciasnych setów i radość, jeśli udało się wygrać. Mówię o tym, bo jest to jedno z fajniejszych przeżyć z dawnych lat, które pewnie opowiem również swoim dzieciom, jeśli takowych się dorobię. No i jest ono z dużej mierze związane z Lleytonem...

Wypadałoby coś o tenisie napisać, chyba. Wiadomo, nie był wirtuozem, artystą, którego latami wspominać będą wszyscy tenisowi esteci. Ale naprawdę lubiłem jego grę - płaskie uderzenia, slajs przemycany kilkanaście centymetrów nad siatką, cudny forehand po linii i odwrotny kros, super kombinacja z backhandem po linii (czasem coś z pogranicza odwrotnego) po wyrzucającym serwisie na stronę równowagi, która w dalszej części kariery stała się barometrem jego formy (jeśli w ogóle zagrywał to na tyle by sprawiać problemy znaczyło, że nic go nie boli, jeśli trafiał wiadomo), genialny lob i ten wolej. Wolej, który w mojej opinii jest jednym z najbardziej niedocenianych zagrań w nowożytnej historii tenisa (przez nowożytną rozumiem XXI wiek, a więc czasy które w miarę pamiętam, ale to chyba już wiecie). Oczywiście, nie był to styl gry wymuszający regularne wizyty przy sieci, jednak właściwie z każdego spotkania szło wynotować przynajmniej 1-2 piłki, w których wykazywał się niesamowitym kunsztem w tej dziedzinie. Kilkukrotnie już o tym pisałem - szybkie, płaskie, penetrujące zagranie bez specjalnych udziwnień plus świetny stop-wolej, ot typowa australijska szkoła. Wprawdzie Rafter był ostatnim prawdziwym australijskim tenisistą, aczkolwiek Hewitt przemycił to tak charakterystyczne dla tej nacji zagranie aż do 2016 (o dzisiejszych młodych lepiej nie mówić, bo aż ciarki przechodzą na wspomnienie Thanasiego przy siatce czy wolejowej techniki Kyrgiosa). Co równie ważne - a z racji bogactwa czasów, w których przyszło mu grać, podobnie jak w przypadku wielu innych, zapominane - był praktycznie kompletnym zawodnikiem. Fakt, może nie miał tej naturalnej łatwości do grania kończących, choć w czasach świetności gdy dostawał baloniarza, potrafił skutecznie go rozrzucić i w dalszej części posyłać wygrywające lub zmuszające do błędu piłki. Ale poza tym nie mamy jakichś większych luk - umiejętność zmiany kierunku jest, wolej/smecz jest, serwis ujdzie, dziura po którejś stronie nie stwierdzono, praca nóg/granie w biegu itp. zdecydowanie na plus, obrona wiadomo. Na siłę można by podać skrót, uderzenie (wyłączając okazjonalne próby obrony w ten sposób) praktycznie nie używane. Chociaż z drugiej strony, ciężko znaleźć element bez którego stracisz mniej (wiadomo lepiej umieć niż nie umieć, niemniej jeśli trzeba wybrać lepiej nie czuć dropshota niż nie umieć bronić się slajsem np.), a poza tym gdy już się zdecydował te 5 razy do roku, zwykle wyglądało to całkiem znośnie. Dołączając tę charakterystyczną dla wszystkich new ballsów oryginalność oraz wszystkie cechy charakteru Rusty'ego, można było się tym facetem zachwycać.

Wspominałem na wstępie o swojej głupocie. I tak jak u Any przejście z fazy bardzo lubię do jestem kibicem (i wstanę w środku nocy, by obejrzeć mecz) nastąpiło po porażce z Chinką na Wimbledonie 2008, tak w przypadku Hewitta takie ostateczne wejście w tryb interesuje mnie wszystko co z nim związane przypada chyba na początek 2003. Czyli czas, w którym tenis przestał być na tym samym (lub czasami mniejszym) poziomie zainteresowania co piłka nożna i wskoczył półkę wyżej. Wcześniej oglądając spotkania Australijczyka życzyłem mu zwycięstwa, cieszyły mnie jego sukcesy i w ogóle lubiłem obserwować go na korcie, nie było jednak tego żalu po porażkach, irytacji po głupich decyzjach, ot tych wszystkich negatywnych emocji również obecnych w kibicowskim życiu. Nie zdawałem sobie sprawy jak wielką sprawą było zwycięstwo w Szlemie, a tym bardziej nie przypuszczałem (jesteśmy jakoś w listopadzie 2002), że w ciągu ponad 13 lat nie doczekam w swojej karierze żadnego. Bo oczywiście przyniosłem pecha, Ana od tego Wimbledonu zaliczyła mega zjazd i właściwie nigdy nie wróciła do dawnej formy, Rusty spadł do drugiej "10" i też nigdy kolejnego WS nie wygrał, plus że przynajmniej trochę się pozbierał. Nie przepadam za dominatorami, pewnie dlatego jakieś siły nadprzyrodzone robią co tylko mogą, bym ich czasem nie polubił, zsyłając kłody pod nogi tym z zadatkami na przejęcie władzy, do których wyjątkowo czuję jakąś sympatię. Stąd latami starałem się wpłynąć na swoją podświadomość i dołączyć do obozu pewnego sympatycznego Hiszpana...

Przechodząc już bardziej do wyników, irytuje mnie nazywanie Lleytona overachieverem. Po pierwsze jak takim mianem można określać faceta, którego mniej więcej połowa szczytu formy przypadła na panowanie kogoś pokroju Federera, po drugie mając w pamięci wszystkie perypetie po finale Australian Open, po trzecie widząc jak niewiele potrzeba np. dzisiaj by robić kolejne finały wielkich turniejów. Oczywiście przeczytałem to w jakimś marnym artykule rodzimego dziennikarza, który na 99% nie ma pojęcia jak wyglądał tenis Australijczyka w latach 2001-05, którego wiedza na temat tego sportu jest na poziomie Sylwka Sikory, jednak podobne rzeczy, wypisywane przez pokolenie wychowane na mitycznych wyczynach przepotężnego fab4, można spotkać choćby na MTF-ie i to wkurza dużo bardziej...

Skoro o tych perypetiach, kilkukrotnie padało na forum słynne zdanie o tym, że zgubiła go wiara we własną niezniszczalność. Swego czasu sprawdzałem dokładnie i wyszło chyba ponad 250 meczów rozegranych na przestrzeni 3 sezonów (2000-02), w wieku 19-21 lat... Później przyszedł 2003, gdy ciało pierwszy raz zaczęło się buntować - wyniki trochę słabsze, dodatkowo problemy ze stopą, strata prowadzenie w rankingu. W następnym roku się odbił, ale w 2005 znów zrobiło się niewesoło, operacja stopy po IW i 2 miesiące z głowy. Kolejne lata to raczej mniejsze (choć dość częste) dolegliwości typowe dla kogoś ze sporym stażem w rozgrywkach. Jak się okazało, prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść... Przez kilka miesięcy w 2008 biegał z tym bolącym biodrem (którego historia rozpoczęła się w finale w Melbourne, choć wtedy był to raczej rachunek za trudy turnieju), ale operacji nie uniknął. Pół sezonu z głowy, dalej powtórka po Australii 2010, 2011 druga akcja na stopie, no i 2012 palec u nogi. Gdzie długo szukał lekarza, który w ogóle dawał nadzieję na powrót do rozgrywek (bodaj 6 odmówiło, wspominał w którymś wywiadzie). W międzyczasie jeszcze coś mniejszego na kolanie, co dało w końcowym rozrachunku 5 różnych operacji na przestrzeni 6 lat. Szczęśliwie nic nowego w tych ostatnich sezonach nie dodał, ale łatwo zauważyć, że grał jeszcze mniej, i nie można zapominać o pojawiającym się bólu w tych operowanych miejscach oraz typowo starczych dolegliwościach typu plecy/bark.

Dawno temu, nim doszczętnie się posypał, była jeszcze jedna teoria takiego zjazdu od US Open 2005. Na wstępie zaznaczam, że uwielbiam Bec. Polubiłem ją od samego początku (tym bardziej, że nie byłem fanem związku z Kim), gdy siedziała na trybunach w Sydney i Melbourne nie mając wówczas większego pojęcia na temat tej gry. Zdecydowanie jedna z piękniejszych tenisowych WAGS, w dodatku z tego co idzie wyczytać jak i z własnych obserwacji, stwierdzam, że ciężko o bardziej sympatyczną i pozytywnie nastawioną do życia osobę. Skoro już tak się zwierzam, przyznam również (bo nie wiadomo ile mi tych postów zostało), że mniej więcej tak wygląda mój ideał kobiety (w domyśle przyszłej żony). Poza tym pamiętać należy, że ona poświęciła dla tego związku zdecydowanie więcej - chwilę przed tym nim zaczęli się spotykać wygrała taniec z gwiazdami, grała w tym swoim home and away (nie wiem jak przetłumaczyli to na polski, pewnie nie dosłownie), już w trakcie związku zdobyła którąś z tych australijskich nagród dla serialowych aktorek, zaś FHM (australijskie wydanie) umieścił ją na 1 miejscu w jednym ze swoich rankingów. Naprawdę znana postać na Antypodach, przed którą wydaje się stała wielka kariera w świecie celebrycko-aktorskim. Szczególnie, że miała wtedy niecałe 22 lata. A porzuciła to wszystko na lata, by zostać żoną tenisisty...
Zresztą, wątpię by sam zainteresowany poświęcił 11 ostatnich lat dla kilku tytułów więcej, wątpię by ktokolwiek rozsądnie myślący zdecydował się na taki ruch. A historię mają z Bec świetną, pierwsze spotkanie na jakiejś charytatywnej imprezie (połączonej z tenisem) w 1999, później przez 5 lat cisza (choć podobno Bec pogratulowała mu sms-em obu tytułów WS), nagle kilka randek po rozstaniu z Clijsters, a następnie wszystko poszło szybko niczym tenisowa przygoda Lleytona. Oświadczyny po finale Aussie Open gdy nie miał nawet siły, by paść na kolana (po 6 tygodniach razem), ciążą, ślub pod koniec lipca w Sydney Opera i Mia przychodząca na świat jakoś w listopadzie. Kolejne 3 lata spędzone na wspólnych podróżach, narodziny Cruza, przeprowadzka na Bahamy, narodziny Avy (październik 2010) i już zbliżamy się do ostatniej prostej, kariery rzecz jasna. Nie wiem na ile wierzyć słowom Rusty'ego, że nigdy się nie pokłócili, ale biorąc pod uwagę, iż omijają ich te tradycyjne problemy (w 99% związane z kasą) oraz pamiętając o kilku tygodniach odpoczynku od siebie podczas samotnych podróży Lleytona na te mniej ważne imprezy (od momentu narodzin Cruza skończyły się wspólne podróże na każdy turniej), jestem skłonny mu zaufać. Wielokrotnie małżeństwa złożone z dwojga sławnych osób nie wytrzymują próby czasu (australijska prasa nie dawała/daje im spokoju, nawet nie wiem ile razy mieli się rozstać według tamtejszych gazet...), więc tym bardziej należą się im słowa uznania. Zdecydowanie świetna rodzinka.
Ale skoro słowo się rzekło, można wrócić do czasów, w których zastanawialiśmy czy pogodzenie roli wielkiego tenisisty z rolą ojca i męża nie przerasta Hewitta. Pierwszy dowód na potwierdzenie swoich późniejszych słów ("tenis już nie jest priorytetem", "dziewczyny są dla mnie najważniejsze", "to znaczy dużo więcej niż odbijanie piłki nad siatką" itp.) dał wycofując się z turnieju mistrzów w 2005, następnie z wiadomych względów nie wszedł najlepiej przygotowany w kolejny sezon, jeżdżąc wraz z rodziną wielokrotnie przyznawał, że nie jest w stanie koncentrować się tylko i wyłącznie na meczach (oczywiście chciał mieć ją przy sobie). To znaczy, wychodząc na kort tradycyjnie walczył na maksa, problem w tym, że przygotowania nie obejmują samego wyjścia do gry... W dodatku przy każdej nadarzającej się okazji wracali do domu, o przedwcześnie kończonych sezonach nie wspominając (ostatni raz w Bercy zagrał w 2004, w 2012 pograł coś przede wszystkim dlatego, by być na pożegnaniu JCF; niby opowiadał, że chce lepiej przygotować się do AO, ale wiadomo...). Idąc dalej, nie da się nie zauważyć jak bardzo złagodniał, porównując ostatnie zawodowe pojedynki do starć z początków kariery, a ten proces miał swój początek mniej więcej w momencie założenia rodziny. Pisałem już, że kortowy styl bycia napędzał go do lepszej gry (i siłą rzeczy lepszych wyników), lubił walczyć w myśl zasada ja kontra świat, niektóre mocno kontrowersyjne zachowania mu pomagały (a już na pewno przeszkadzały rywalowi), ale w sytuacji gdy obserwują cię osoby dla których musisz być wzorem trzeba było się zmienić lub przynajmniej trochę poprawić. Na siłę mógłbym jeszcze wspomnieć o atakach ze strony dziennikarzy, wprawdzie musiał się z nimi mierzyć praktycznie od zawsze i bardzo długo pracował na swój wizerunek (to przykład jak australijskie media są głupie, bo dziś podobnie traktują Kyrgiosa), ale co innego czytać, że jest się chamem i prostakiem, a co innego mierzyć się z atakami kierowanymi na twoją rodzinę. Zwłaszcza dla tak rodzinnego człowieka.
Naturalnie, kontuzje są główną przyczyną tego upadku, ale gdyby Mia przyszła na świat trochę później (któreś kiedyś się wygadało, że była nieplanowana, więc to nie tylko domysły) i wszystkie poważniejsze decyzje przesunięto w czasie (Bec miała robić karierę i pojawiać się tylko na Szlemach i innych ważniejszych startach), śmiem twierdzić, że przede wszystkim lata 2006-08 mogłyby wyglądać ciut lepiej. No ale patrz wyżej, szczególnie biorąc poprawkę, że taki związek na odległość tenisisty z aktorką pewnie by nie przetrwał... Dobrze się stało.

Mam wrażenie, że powoli zbliżam się do końca, dlatego jeśli ktoś dotrwał, zalecam jeszcze chwilę cierpliwości. Skoro jesteśmy już przy przyjemniejszych sprawach, pozwolę sobie na wymienienie tych najlepszych momentów (w mojej opinii) z kariery Lleytona. Z 2001 i 2002 sprawa jest prosta, skoro wygrywało się po Szlemie i turnieju mistrzów, lat wcześniejszych tak dobrze nie kojarzę, sporo głównie z odtworzenia, choć podejście do AO z bilansem 10-0 czy pierwszy tytuł QC (ten akurat pamiętam w wersji live) to na pewno miłe chwile. Z kolejnych sezonów na pewno złapanie Feda z 0-2 pucharze Davisa i późniejsze wygranie całego DC (2003), powrót do czołówki z serią zwycięstw podczas amerykańskiego lata oraz awans do finału USO 04 bez straty seta (podczas tego finału ostatecznie przestaliśmy lubić się z Rogerem i taki stan rzeczy utrzymał się do ostatniej piłki SF Wimbledonu 2008), ten cudowny run w Mebourne mimo, że bez happyendu - zdecydowanie najpiękniejsze wspomnienie, ostatni tytuł w QC (2006), pierwsze od dawna dobranie się do Federera w 2007 (jeszcze bez sukcesu), 4:34 w Melbourne, run na Wimbledonie (ten fart-wolej Roda wciąż mam przed oczami), finał Halle 2010 i później ostatni Szlem przed którym szło mieć poważniejsze nadzieje (jak on wtedy sfrajerzył z Djokovicem...), pokaz determinacji w Melbourne (2012), trawa 2013, zwycięstwo z Delpo w Nowym Jorku i ostatnie szansa na ćwiartkę WS, ostatni błysk czyli Brisbane 2014, na siłę można dorzucić jest to Newport, bo 30 tytuł, bo pierwsze zwycięstwo na trawie z Karlovicem (który z wiadomych względów zawsze był wrzodem na d....), później już kolejne pożegnania, połączone z czołkami i łamiącymi serce porażkami. Ale pożegnać się wypada, a był jeszcze DC rok temu.

Ten Puchar Davisa, dla wielu oderwana od touru zabawa, dla mnie zawsze coś bardzo ważnego. Mam słabość do drużynówek, sam tak zaczynałem swoją przygodę ze sportem (i granie, i oglądanie) i uwielbiam tę atmosferę międzynarodowych rozgrywek. Stąd bardzo mnie cieszy, że praktycznie wszyscy, których wspierałem należeli do tej nielicznej grupy, dla której nawet w tenisie reprezentowanie ojczyzny coś znaczy. Kilka postów temu wspominałem o wszystkich rekordach Lleytona w trakcie gry dla kadry. Na szczególne uznanie zasługują lata spędzone w walce o powrót do grupy światowej, kiedy wielokrotnie zwiedzali jakieś egzotyczne miejsca, później pechowo losowali, a Rusty często zmagał się nie tylko z rywalem, ale też z bólem (najlepszy przykład to baraże ze Szwajcarią, gdzie wcześniej wycofał się z USO, trochę podleczył i grał naszpikowany środkami przeciwbólowymi). Nie przesadzę mówiąc, że był na tyle zdeterminowany, że gdyby przyszło im grać z Nepalem na wyjeździe, a mecz zorganizowanoby na szczycie Mount Everest, to najpierw wziąłby coś, żeby noga nie bolała, później kumpla na plecy (bo debla ktoś musi zagrać, pewnie Ebdena, bo najlżejszy) i ruszył na szczyt, by zmierzyć się z miejscowymi pastuchami. A wszystko to mając już na koncie 4 finały, w tym 2 wygrane.
Tym bardziej cieszy, że ostatnie wielkie zwycięstwo wcale nie pochodzi z jakiejś dalekiej przeszłości. Rzecz jasna to tylko Kazachstan, ale dzięki młodszym kolegom miał okazję w iście filmowym stylu wprowadzić drużynę do półfinału rozgrywek. Wszystko działo się nieco ponad 0,5 roku temu, więc nie ma co przesadnie wspominać, nadmienię tylko, że choćby dla tego zwycięstwa z Niedowiesowem warto było kontynuować karierę. A tych zwycięstw trochę było. Sam zainteresowany (m. in. w The Final Tour) szczególnie wspomina wymieniany już przeze mnie wcześniej mecz z Fedem z 2003 w Melbourne, ja również uwielbiam wracać do tego starcia, ostatni taki moment tej rywalizacji. Z tego roku na pewno jeszcze pięciosetówka z finału z Ferrero, z której wciąż nie ma praktycznie żadnych śladów w sieci. Wracając do czasów prehistorycznych, na pewno półfinał z 1999, kiedy w wieku 18 lat wygrał oba single z Rosjanami i walnie przyczynił się do awansu do finału, i rok później w finale z Hiszpanią, gdy chory pokonał Costę na cegle. Osobiście bardzo lubię spotkanie z Corią z 2005, wprawdzie cała rywalizacja została dość dotkliwie przegrana, ale atmosfera pojedynku z El Mago na zawsze pozostanie w pamięci, można było ciąć powietrze nożem. Z ciekawostek, był to czas konfliktu Lleytona z niektórymi argentyńskimi tenisistami (Chela, Nalb, od wtedy Coria), którego finał miał miejsce w Buenos 1,5 roku później, konfliktu zresztą przegranego. Warto nadmienić, że w czasie, kiedy Rusty biegał po korcie, reszta rodziny była zajęta przygotowaniami do ślubu, który odbył się w niedzielę za tydzień.
Jest jeszcze jeden mecz. Mecz, którego nie widziałem, którego próżno szukać na YT i tym podobnych miejscach, z którego do dzisiaj nie znalazłem nawet minutowego skrótu/fragmentu. Z tego względu spotkanie urosło niemal do miana legendy, gdyż opieram się jedynie na przekazach z MTF-u. Chodzi o pewien kwietniowy weekend we Florianopolis i walkę z Brazylijczykami na clayu. Hewitt wygrał wszystkie 3 spotkania bez straty seta, włączając debel składający się z samych tiebreaków. Ale chodzi tu przede wszystkim o pojedynek z Kuertenem. Guga wygrał do tego momentu wszystkie 12 meczów rozegranych na clayu (Golden Swing plus wcześniejsze DC), później zrobił 24-2, wygrywając Monte Carlo i RG (plus finał Rzymu), jednak tamtego dnia zdołał ugrać jedynie 2 tb. Zdaniem naocznych świadków, był to najlepszy występ na cegle w całej karierze Australijczyka, robił cuda forehandem i pokazał klasę w wymianach. Wierzę, że pewnego dnia będę miał okazję ocenić samemu...

Pisałem o wrzodach na d.... wspominając Karlovica. U mnie z kolei takowym będzie chyba Melbourne. Jeśli miałbym możliwość zamiany niektórych sukcesów Lleytona z jakimś podejrzanym facetem śniadej karnacji, prawdopodobnie rzuciłbym US Open, z 5 mniejszych turniejów, kilkanaście tygodni na liderze w zamian za jedno zwycięstwo w Australii. A i któryś z turniejów mistrzów brałbym pod uwagę w razie potrzeby.
Pamiętam jak szkoda było mi go po wtopie z El Aynaouim w 2003 (mecz w całości na YT, na pewno odświeżę, ale do teraz mam przed oczami te +/- 40 asów Marokańczyka, wtedy również weszliśmy z Rustym w nowy etap naszych relacji), oczywiście nie myślałem wówczas o jednej z ostatnich zmarnowanych szans, choć teraz można na to spojrzeć inaczej. Rod był jeszcze bardzo pasującym przeciwnikiem, Schuttler z całym szacunkiem zrobił ten finał tylko ze względu na pamiętną rzeźnie jego przeciwników w QF, a 33-letni Agassi to jednak łatwiejszy rywal od Safina 2005. Żałować można też tej ospy z 2002, po której nie zdążył dojść do siebie i przegrał z legendarnym Alberto Martinem. Zwłaszcza, że w formie był świetnej i w następnych tygodniach wygrywał wszystko aż do półfinału Miami.
Choć wtedy, 13 lat temu, sądziłem podobnie jak Australijczyk (mówił coś w stylu, że wyciągnie wnioski i pomoże mu to wygrać w kolejnych latach), takie same myśli miałem gdy rok później leciał z Fedem (co nieco mnie zaskoczyło, gdyż myślałem, że po DC już ostatecznie siedzimy w głowie Rogera, niestety ten od 2004 zaczął odwracać niekorzystne dla siebie rywalizacje, z Nalbem też) i po finale z Maratem również. Pierwsze wątpliwości pojawiły się później, w 2008 po porażce z Novakiem (ta piękna walka z Marcosem powinna skończyć się 6-1 w czwartym, może wtedy nie wyszedłby tak wypompowany) doszedłem do wniosku, że zostały tylko 3 szanse (do trzydziestki, podobnie mam z Monfem i RG). Wiem, naiwne, inna sprawa, że do tego czasu przystępował do zawodów jeszcze jako w miarę poważny zawodnik, z którym w jakimś tam stopniu trzeba było się liczyć (w 2011 wygrał Kooyong, ale pechowo polosował i zabrakło jednej piłki z Nalbandianem).
Nie wiem jaką diagnozę bym tutaj postawił. Nie był to na pewno przypadek patologiczny jak Stosur, który pokazywał u siebie najgorsze oblicze, wystarczy spojrzeć ile wygrał na swojej ziemi. Z drugiej strony zawsze miałem wrażenie, że trochę go ta dodatkowo presja podczas występów w Melbourne paraliżowała, bo było kilka meczów, których nie powinien przegrywać (wspomniane 2003, Moya z 2002, mimo wszystkich kłopotów i skręconej kostki Chela 06), i których w innych warunkach (US Open/Wimbledon) pewnie by nie przegrał. Szczęścia do drabinek też nigdy nie miał, 4 razy dostał w 4 rundzie od późniejszego zwycięzcy (04 Fed; 08 Djokovic; 10 Fed, choć tu i tak szedł pod nóż po spotkaniu, więc można odpuścić; 12 Djokovic) poza tym Gonzalez 07, który grał na tyle dobrze, że w normalnych okolicznościach (czyli nie w jednym z najlepszych występów w karierze GOAT-a) pewnie też by miał tytuł, dodajmy jeszcze Chilijczyka w 2009 na początek (ale wtedy byłem zły), wspomnianego Nalba 2 lata później i Tipsarevic za kolejne 24 miesiące. Mogło być łatwiej... Jest jeszcze kwestia grania na pełnym dystansie przed docelowym startem, tylko że tu pojawia się odwieczny problem każdego Australijczyka. Sezon u siebie jest tak krótki, że trochę głupio cokolwiek odpuszczać, poza tym akurat w przypadku Lleytona podobne rozważania wydają się nieco przesadzone (co innego może być z Nickiem w najbliższych latach). Jest taki turniej w karierze każdego wielkiego zawodnika, w którym zawsze coś się nie układa i chyba w ten sposób należy patrzeć na dokonania Hewitta w Melbourne. Dobrze chociaż, że ten run do finału dostarczył emocji, mogących obdzielić kilka edycji.

Chciałem pozrzędzić na temat pechowych losowań, ale im dłużej o tym myślę, tym coraz częściej dochodzę do wniosku, że w tym momencie nie ma to już większego znaczenia. Szczególnie w kontekście zawodnika, który nie odejdzie jako ktoś niespełniony, który swoje w życiu wygrał, i który raczej nie zostanie zapomniany. Nie mam w planach rzucać słynnego tekstu tych wszystkich nudziarzy broniących naszą najlepszą tenisistkę, którzy po przebudzeniu włączają tvn24 i udają, że wiedzą o co chodzi, o konieczności wykorzystania sprzyjających okoliczności, wspomnę raczej, iż najpierw trzeba było wypaść z top 10, a później z top 20, żeby grać ciągle z tym Nadalem przed QF w Paryżu albo z Fedem np. w USO 09. Po prostu ktoś musi być Hewittem, żeby ktoś mógł być Murrayem...

Dużo ciekawsza jest kwestia przeciągania kariery, która co zrozumiałe budzi mieszane uczucia. Na dobrą sprawę mógł odpuścić w 2011 po operacji stopy, to znaczy wrócić, spróbować jeszcze coś powalczyć (tak jak robił) i stwierdzić, że nie ma sensu walczyć z bólem, przyjąć diagnozę lekarzy przed kolejną i odejść po Australian Open 2012. W tym czasie, jak już wspominałem, wciąż kręcił się gdzieś w okolicach szerokiej czołówki (przed każdym sezonem opowiadał o powrocie do top 10, co miało w ostateczności jakieś racjonalne przesłanki), nawet gdy wrócił (od IW przerwa do Halle) potrafił sensownie pograć, kiedy akurat mniej bolało (Wimbledon - Soderling, puchar Davisa - Fed i Stan, Melbourne - R16). Chyba optymalny moment, ani za szybko, ani za późno (i podobno miał taki plan). Oczywiście teraz mam inne zdanie na ten temat, ale nie będę ukrywał, że w pewnym momencie byłem trochę rozczarowany decyzją o kontynuowaniu. Pewnie gdyby bardziej przeanalizować moje wpisy, idzie zaobserwować mniejszą aktywność w tematach związanych z Lleytonem, ciężko przychodziło mi zaakceptowanie tego, że ma te swoje gorsze dni, w których zgarnia kilka gemów od Troickiego albo Istomina, serce krwawiło widząc jak z minuty na minutę miał coraz mniej atutów, jak zaczynał powoli niedomagać fizycznie, jak z wielkiego zawodnika zostało właściwie tylko nazwisko. Momentem przełomowym było chyba spotkanie z Simonem w Paryżu, niby dał złapać się z 2-0 (co dla mnie jest chyba najtrudniejsze do przeżycia ze wszystkich bolesnych chwil w życiu kibica), jednak ten pamiętny pościg z 5-0 w deciderze dobitnie pokazał jak ten facet wciąż kochał tenis. Będąc w beznadziejnej sytuacji, na swojej najgorszej nawierzchni, z bagażem wszystkich kłopotów zdrowotnych, zerwał się do walki i pokazał, nie ostatni raz zresztą, że charakteru mistrza nie są w stanie zniszczyć żadne urazy. Później przyszła trawa - z półfinałem QC (ciekawe czy wygrałby z tym Cilicem, gdyby zagrali w normalnych warunkach na centralu, a nie w huraganie gdzieś na bocznym korcie), pokonaniem Wawrinki na Wimbledonie, dalej US Open, gdzie był kilka piłek od QF, wprowadzenie drużyny do grupy światowej, w następnym sezonie ostatni poważny tytuł na samym starcie. Zdecydowanie najlepszy okres w ciągu ostatnich kilku lat, po którym nie miałem już żadnych wątpliwości, że podjął dobrą decyzję. Wyłączając aspekty sportowe, podczas tegorocznego występu w Melbourne ciężko było znaleźć człowieka wrogo nastawionego do Lleytona, te wszystkie wyczyny z końcówki kariery zdobyły szacunek nawet wśród osób, które wcześniej za nim nie przepadały, podobnie sprawy wyglądały w szatni, gdzie chyba nie ma faceta, który wypowiedziałby się o nim w niepochlebny sposób. Jeden nazwie to litością, dla mnie jako kibica nie było to żadną ujmą na honorze, i gdyby zdecydował się grać przez kolejne 2-3 lata również nie miałbym problemu. Na kortach zawsze jest taki typek, najczęściej po pięćdziesiątce albo przynajmniej zbliżający się do tego słusznego wieku, który pewnie już nie jest najlepszym grajkiem w okolicy, ale z każdej strony cieszy się szacunkiem, bo ludzie pamiętali jak dobry kiedyś był. W większości przypadków poważny zawodnik nie będzie miał z naszym bohaterem problemu, ale gdy tylko trochę go zlekceważy i podejdzie do meczu nazbyt ulgowo, może poważnie się zdziwić. Tak widzę ostatnie lata Lleytona w tourze. Jedyne co faktycznie trochę boli to te wszystkie czołki (pytanie skąd to się wzięło, bo raczej gość z mocną psychiką nie zmienił się w drugiego PHM, ot tak bez przyczyny, ale to rozwinę kiedy indziej), nieudane pościgi i zmarnowane szanse. Taka sztuka dla sztuki, walka dla walki, To jest nawiasem mówiąc odwieczny dylemat wszystkich sympatyków tenisa - czy lepiej przegrać 36 26 57, czy po pięknej walce w pięciu setach. Naturalnie drugi wariant zostawia większe ślady w psychice, sądzę jednak, że z biegiem czasu wszystkie rany się zagoją, a wspomniane piękne porażki wyglądają lepiej od rutynowych wtop. Choć na mecz z Tomicem jeszcze długo nie będę mógł spojrzeć, zdecydowanie top 5 w wyżej wymienionej kategorii w moim życiu.
Rusty wspominał również o Cruzie, który mógł sobie potrenować z Fedem, Murrayem i innymi, jako argument za kontynuowaniem kariery. Jeśli pójdzie w ślady ojca, na pewno łatwiej będzie mu się przystosować do życia w tourze mając jakieś praktyki w młodości. W związku z tym można jedynie żałować, że dzieciak nie doczekał się żadnego wielkiego zwycięstwa ojca (mówię o ostatnim roku, kiedy był już na tyle ogarnięty, by coś przeżywać i zapamiętać). Chyba pora delikatnie zmienić temat, bo znów przypomina mi się Grandstand i Bernard Tomic... Nie wiem na ile było to ważne dla samego zainteresowanego, ale odchodząc teraz zostawia australijski tenis w dużo lepszym położeniu niż był w 2012. Załóżmy, że Hewitt odkłada rakietę na kołek po porażce z Djokovicem, wówczas mamy Berniego gdzieś w okolicach top 50 (który nie zamierzał nic sensownego pokazać w ciągu najbliższych 3 lat, zresztą kto to jest Tomic, parafrazując klasyka), Ebdena w top 100 i nic. Dziś jest Nick, jest Thanasi, nie wiadomo, może oni też okażą się niewypałami, jednak wygląda to znacznie lepiej niż przed 4 laty. W dodatku panowie, zwłaszcza Kokk, mogli trochę pograć ze starym mistrzem, czegoś się od niego nauczyć, przypuszczalnie powinno to zaprocentować w przyszłości.

Ciekawe jak potoczą się dalsze losy Lleytona. Mam na myśli rozdział pt. kapitan drużyny. Jeśli miałbym obstawiać, nie daję mu na tym stanowisku więcej niż 2-3 lata. Podobno Bec nie była zadowolona, gdy postanowił kontynuować karierę 4 lata temu, i sporo musiał się napracować, by uzyskać jej zgodę (wiadomo na ile można ufać australijskim źródłom, ale było niewesoło), ponadto od jakiegoś czasu opowiada o chęci powrotu do zawodu i oczywiście nie ma co się dziwić, bo trochę już w domu posiedziała. Niby kapitanowanie nie wydaje się być aż tak czasochłonnym zajęciem, na pewno nie wiąże się z takimi poświęceniami jak kontynuowanie kariery, niemniej szykuje się kilka zmarnowanych weekendów (przy wyjazdach wychodzi z tydzień), no i wypadałoby też pokazać się na niektórych turniejach. Pozostaje jeszcze pytanie czy będzie dobry w tej roli, czy będzie dokonywał właściwych wyborów itd. Różnie może być. W związku z prawdopodobnymi ograniczeniami czasowymi tym bardziej nie widzę go w roli trenera, któregoś z młodych, przynajmniej jeszcze nie teraz.

Niby przygotował wszystkich do swojego odejścia - grał coraz mniej, dał ponad rok na pogodzenie się z tą decyzją i w sumie ciężko byłoby znaleźć jakiś racjonalny argument za kontynuowaniem kariery, ale wciąż będzie go brakowało. Wiadomo, czas leczy rany, już teraz łatwiej mi się z tym oswoić niż jeszcze kilka dni temu, jednak mam wrażenie, że najbliższe parę lat i każdy początek roku oraz sezonu na trawie będzie momentem, w którym człowiek zatęskni za Lleytonem. Nawet tym starym, który był głównie dostarczycielem emocji w pierwszych dniach Szlemów. W tym głupim artykule, który wspominam jakoś na początku padło jedno fajne zdanie - hewittowskie come on było ostatnim wspomnieniem wielkich chwil australijskiego tenisa. Wciąż wierzę w Nicka (może nie tak bardzo jak rok temu, ale jednak) i sądzę, że niedługo będzie można przestać żyć wspomnieniami, dlatego zmieniając lekko to zdanie - słynne come on było przede wszystkim wspomnieniem wielkiego Hewitta. Może i wykrzykiwane już w nic nieznaczących (biorąc pod uwagę całokształt kariery) spotkaniach, ale wciąż miało w sobie coś niezwykłego, przypominającego z kim mamy do czynienia.
Jeśli mierzyć sympatię do zawodnika poziomem smutku po zakończeniu przez niego kariery, Rusty musiałby zostać moim numerem jeden. I w sumie dobrze mi z tym. Jest pierwszym i pewnie ostatnim, z którym aż tyle przeżyłem (Llodra i Gonzo mieli krótsze kariery, Mahut podobnie, Monfils też jest o 1-2 kontuzje od końca), ponad 15 lat z czego 13 bardzo intensywnych, naznaczonych jakimiś sukcesami. A co chyba najważniejsze, bo im robię się starszy tym bardziej to doceniam, był chyba jedynym człowiekiem (Mahut też mógłby tu trafić, ale ciężko poważnie traktować kogoś, kto przegrał wszystkie najważniejsze mecze w życiu) z tej radosnej gromadki, który gwarantował jakąś normalność. Włączając Hewitta wiedziałeś, że traktuje to spotkanie poważnie, że w połowie sobie nie odpuści, i że zrobi co w jego mocy, by spróbować wygrać. Jeśli wtapiał, nawet w żałosnych okolicznościach, wiedziałeś, że był tego dnia za słaby albo (tu dla ostatnich lat) coś uniemożliwiało mu normalną rywalizację. Miałeś świadomość, że tobie przed kompem/TV nie zależy bardziej. Niby nic, ale (włączając Monfils - Janowicz z Cincinnati np.) różnie bywa.
Pierwszy raz w życiu mam wrażenie, że mógłbym porzucić śledzenie rozgrywek, ewentualnie ograniczyć się do ważniejszych spotkań tych kilku nazwisk, których losami interesuję się od dawna. Mam nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy, ale teraz wreszcie rozumiem dlaczego ludzie odwracali się od danych dyscyplin w momencie odejścia ich pierwszej, że tak szumnie to określę, prawdziwej miłości. W moim przypadku dużą rolę odgrywa też ogólna sytuacja w tourze, ale to do rozwinięcia w innym temacie.

Nie jest to na pewno radosny moment, przyznam się, że wciąż mam świeczki w oczach oglądając niektóre filmiki, z drugiej strony kiedyś to musiało nadejść. A mało osób odchodzi na emeryturę w wieku 35 lat, mając miliony na koncie, piękny dom na Bahamach (i w Australii), super żonę i troję dzieci. W całości na własnych warunkach, to znaczy w przeciwieństwie do gier zespołowych nie był uzależniony od łaski trenera (o czym sam wspominał). Dodatkowo ze świadomością, że zrobił wszystko co mógł (na kontuzje itp. nie masz bezpośredniego wpływu), jak sam to określił - nic nie zostało w szatni. Wiadomo, że słowa Nicka podczas ceremonii pożegnalnej ("wciąż jesteś najlepszym australijskim tenisistą") były trochę przesadzone, ale pamiętając ostatni mecz Hewitta w Nowym Jorku, można stwierdzić, że aż tak dalekie od prawdy nie były. Świetna to była kariera, tu chyba się wszyscy zgodzimy.

Dzięki Lleyton za wszystkie wspomnienia i ciesz się emeryturą. Tyle ode mnie.

Obrazek

* opisy wszystkich "spornych" sytuacji to tylko moja opinia, wolę jednak napisać to tutaj, niż zaczynać co drugie zdanie od wg mnie itp.
** niektóre rzeczy sprawdzałem by się upewnić, niektóre pisałem z pamięci, więc mogą pojawić się jakieś błędy odnośnie dat, umiejscowienia wydarzeń itd.



Mam w planach utrzymywać ten temat przy życiu, by nie skończył jak wszyscy inni z działu nieaktywni. Czytając to teraz zdałem sobie sprawę, że jednak o kilku sprawach zapomniałem, więc poza meldunkami z życia prywatnego Rusty'ego mogą pojawić się jeszcze jakieś dłuższe wpisy. Oczywiście zamierzam obejrzeć praktycznie wszystkie archiwalne mecze dostępne w sieci, co najprawdopodobniej zaowocuje opisami w stosownych wątkach.

_________________
MTT bilans finałów (7-9)
W: Queen's Club 13, Monte Carlo 14, Australian Open 15, Nottingham 15, Chennai 16, Rio de Janeiro 17, Wiedeń 17
F: Auckland 14, Miami 14, Roland Garros 14, Waszyngton 14, World Tour Finals 14, Rio de Janeiro 15, US Open 15, Estoril 16, Pekin 17


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lut 2016, 1:10 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 cze 2014, 20:45
Posty: 10248
Mario piękny post, przyjemnie było to czytać. Wspaniała opowieść o wspaniałym zawodniku i Jego kibicu. Naprawdę świetnie, że się zebrałeś i podzieliłeś się odczuciami. Dzięki :).

_________________
“I doubt about myself, I think the doubts are good in life. The people who don’t have doubts I think only two things: arrogance or not intelligence.”

"When these kind of matches happen you suffer, but I really enjoy these moments. I really enjoy suffering, because what's harder is when I am in Mallorca last year and I had to watch these kind of matches on the TV."


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lut 2016, 1:41 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 cze 2014, 23:50
Posty: 4631
Najbardziej zapamiętam anegdoty z twojego dzieciństwa, ile ty już masz właściwie lat? :D Dobrze się czytało wpis jako całość, szczególnie fragmenty w których przenikały się twoje odczucia i etapy dorastania w połączeniu z losami Hewitta.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lut 2016, 8:27 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 sie 2011, 16:26
Posty: 8021
Lokalizacja: Bydgoszcz
Wciągnąłem się i przeczytałem od deski do deski. Postarałeś się, świetna robota. Dziękuje za ten wpis, myślę że każdy fan Lleytona mniejszy/większy powinien mieć takie podejście jak Ty.
:ok:

_________________
MTT.
W:Davis Cup 2010, Monte Carlo 2011, Rzym 2011, Szanghaj 2011, Rotterdam 2012-2013, Brisbane 2015, Montreal 2015, Australian Open 2016, Lyon 2017.
F:Hamburg 2010, Moskwa 2010, Doha 2011, Rotterdam 2011, Sztokholm 2011, Toronto 2012, Winston Salem 2013, Rzym 2014, Sankt Petersburg 2015, Atlanta 2016, Halle 2017, Basel 2017.

Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą!
C'mon!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lut 2016, 12:50 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 lip 2011, 21:47
Posty: 2032
Fart wolej. XD


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lut 2016, 17:48 
Offline

Rejestracja: 15 lip 2011, 16:13
Posty: 13291
Świetna robota. :o Racjonalizujące wszystko zgredy, ehh, taki już nasz los. :D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lut 2016, 20:47 
Offline
Administrator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 lip 2011, 21:04
Posty: 51420
Lokalizacja: Warszawa
Trudno cokolwiek napisać. Wystarczy spróbować przewinąć scrollem, żeby być zdecydowanym oddać swój głos w kategorii post roku. ;-)

W weekend przeczytam, może wyłapię jakieś nieścisłości związane z datami, turniejami itp. :P

_________________
MTT - tytuły (17)
2017 (1) Cincinnati M1000
2016 (1) Sankt Petersburg
2015 (1) Rotterdam
2013 (3) Montreal M1000, Rzym M1000, Dubaj
2012 (1) Toronto M1000
2011 (4) Waszyngton, Belgrad, Miami M1000, San Jose
2010 (2) Wiedeń, Rotterdam
2009 (2) Szanghaj M1000, Eastbourne
2008 (2) US Open, Estoril


MTT - finały (18)
2017 (2) Sztokholm, Indian Wells M1000
2016 (2) Newport, Rotterdam
2015 (1) Halle
2014 (1) Tokio
2013 (2) Basel, Kuala Lumpur
2011 (3) WTF, Cincinnati M1000, Rzym M1000
2010 (2) Basel, Marsylia
2009 (4) WTF, Stuttgart, Wimbledon, Madryt M1000
2008 (1) WTF


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 09 lut 2016, 22:41 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 sie 2011, 16:26
Posty: 8021
Lokalizacja: Bydgoszcz
Post roku będzie na pewno. Myślę że nie tylko ja na niego zagłosuję.

_________________
MTT.
W:Davis Cup 2010, Monte Carlo 2011, Rzym 2011, Szanghaj 2011, Rotterdam 2012-2013, Brisbane 2015, Montreal 2015, Australian Open 2016, Lyon 2017.
F:Hamburg 2010, Moskwa 2010, Doha 2011, Rotterdam 2011, Sztokholm 2011, Toronto 2012, Winston Salem 2013, Rzym 2014, Sankt Petersburg 2015, Atlanta 2016, Halle 2017, Basel 2017.

Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą!
C'mon!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 24 lut 2016, 10:43 
Offline
Moderator

Rejestracja: 03 sie 2011, 0:34
Posty: 21397
Dziś Lleyton kończy 35 lat. Najlepszego! Pociechy z dzieci, tych daviscupowych również. :D

P.S. Przeczytałeś, Dawid? Jeśli tak, to chyba nadszedł już czas.

_________________
MTT bilans finałów (7-9)
W: Queen's Club 13, Monte Carlo 14, Australian Open 15, Nottingham 15, Chennai 16, Rio de Janeiro 17, Wiedeń 17
F: Auckland 14, Miami 14, Roland Garros 14, Waszyngton 14, World Tour Finals 14, Rio de Janeiro 15, US Open 15, Estoril 16, Pekin 17


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 24 lut 2016, 22:43 
Offline
Administrator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 lip 2011, 21:04
Posty: 51420
Lokalizacja: Warszawa
Stówka, Rusty! ;-)

Mario pisze:
Dziś Lleyton kończy 35 lat. Najlepszego! Pociechy z dzieci, tych daviscupowych również. :D

P.S. Przeczytałeś, Dawid? Jeśli tak, to chyba nadszedł już czas.


W weekend na spokojnie ogarnę. Mam nadzieję, że temat będzie żył nawet w tych nowych realiach.

_________________
MTT - tytuły (17)
2017 (1) Cincinnati M1000
2016 (1) Sankt Petersburg
2015 (1) Rotterdam
2013 (3) Montreal M1000, Rzym M1000, Dubaj
2012 (1) Toronto M1000
2011 (4) Waszyngton, Belgrad, Miami M1000, San Jose
2010 (2) Wiedeń, Rotterdam
2009 (2) Szanghaj M1000, Eastbourne
2008 (2) US Open, Estoril


MTT - finały (18)
2017 (2) Sztokholm, Indian Wells M1000
2016 (2) Newport, Rotterdam
2015 (1) Halle
2014 (1) Tokio
2013 (2) Basel, Kuala Lumpur
2011 (3) WTF, Cincinnati M1000, Rzym M1000
2010 (2) Basel, Marsylia
2009 (4) WTF, Stuttgart, Wimbledon, Madryt M1000
2008 (1) WTF


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 24 lut 2016, 22:51 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 sie 2011, 16:26
Posty: 8021
Lokalizacja: Bydgoszcz
Najlepszego mistrzu i samych sukcesów w życiu osobistym jak i zawodowym. Doprowadź Australię do triumfu w DC! :)

_________________
MTT.
W:Davis Cup 2010, Monte Carlo 2011, Rzym 2011, Szanghaj 2011, Rotterdam 2012-2013, Brisbane 2015, Montreal 2015, Australian Open 2016, Lyon 2017.
F:Hamburg 2010, Moskwa 2010, Doha 2011, Rotterdam 2011, Sztokholm 2011, Toronto 2012, Winston Salem 2013, Rzym 2014, Sankt Petersburg 2015, Atlanta 2016, Halle 2017, Basel 2017.

Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą!
C'mon!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 24 lut 2016, 23:12 
Offline
Moderator

Rejestracja: 03 sie 2011, 0:34
Posty: 21397
Z serii wieści z życia prywatnego. Lleyton, Bec i dzieciaki wracają do Australii, konkretnie do Melbourne. Nie powiem, że jest to zaskakująca decyzja.

http://www.dailytelegraph.com.au/entert ... ent%20News)

_________________
MTT bilans finałów (7-9)
W: Queen's Club 13, Monte Carlo 14, Australian Open 15, Nottingham 15, Chennai 16, Rio de Janeiro 17, Wiedeń 17
F: Auckland 14, Miami 14, Roland Garros 14, Waszyngton 14, World Tour Finals 14, Rio de Janeiro 15, US Open 15, Estoril 16, Pekin 17


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 26 lut 2016, 9:48 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 sie 2011, 16:26
Posty: 8021
Lokalizacja: Bydgoszcz
Piękna ta żona. Dzieciaki też spoko, wesoła rodzinka po prostu.

_________________
MTT.
W:Davis Cup 2010, Monte Carlo 2011, Rzym 2011, Szanghaj 2011, Rotterdam 2012-2013, Brisbane 2015, Montreal 2015, Australian Open 2016, Lyon 2017.
F:Hamburg 2010, Moskwa 2010, Doha 2011, Rotterdam 2011, Sztokholm 2011, Toronto 2012, Winston Salem 2013, Rzym 2014, Sankt Petersburg 2015, Atlanta 2016, Halle 2017, Basel 2017.

Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą!
C'mon!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 28 lut 2016, 11:01 
Offline

Rejestracja: 17 lip 2011, 8:19
Posty: 6465


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 28 lut 2016, 11:42 
Offline
Moderator

Rejestracja: 03 sie 2011, 0:34
Posty: 21397
Wrzucałem na poprzedniej stronie...

_________________
MTT bilans finałów (7-9)
W: Queen's Club 13, Monte Carlo 14, Australian Open 15, Nottingham 15, Chennai 16, Rio de Janeiro 17, Wiedeń 17
F: Auckland 14, Miami 14, Roland Garros 14, Waszyngton 14, World Tour Finals 14, Rio de Janeiro 15, US Open 15, Estoril 16, Pekin 17


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 08 mar 2016, 1:12 
Offline
Moderator

Rejestracja: 03 sie 2011, 0:34
Posty: 21397
Teraz to już chyba faktycznie był ostatni raz Lleytona na korcie (ostatni poważny, bo pewnie za 2-3 lata zagra debla w Melbourne albo Londynie), szkoda że Tomicowi się nie udało, bo prawdopodobnie byłby również singlowy występ (i kto wie czy nie z happy endem). Ładnie powalczyli w tym deblu, ale podobnie jak w całej rywalizacji, musieli uznać wyższość Amerykanów. We wrześniu walka o pozostanie w elicie.

Kilka zdjęć + skrót z debla.
Spoiler:

_________________
MTT bilans finałów (7-9)
W: Queen's Club 13, Monte Carlo 14, Australian Open 15, Nottingham 15, Chennai 16, Rio de Janeiro 17, Wiedeń 17
F: Auckland 14, Miami 14, Roland Garros 14, Waszyngton 14, World Tour Finals 14, Rio de Janeiro 15, US Open 15, Estoril 16, Pekin 17


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 10 kwie 2016, 16:20 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 cze 2014, 20:45
Posty: 10248

_________________
“I doubt about myself, I think the doubts are good in life. The people who don’t have doubts I think only two things: arrogance or not intelligence.”

"When these kind of matches happen you suffer, but I really enjoy these moments. I really enjoy suffering, because what's harder is when I am in Mallorca last year and I had to watch these kind of matches on the TV."


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 19 cze 2016, 9:28 
Offline

Rejestracja: 09 sie 2011, 14:08
Posty: 5961
Hewitt Takes Wimbledon Doubles Wild Card

Spoiler:


http://www.atpworldtour.com/en/news/hew ... 16-doubles

_________________
MTT:
Tytuły: US OPEN 2012 -debel, Sztokholm 2012, Australian Open 2013 - debel, Abu Dhabi 2014, Barcelona 2014

Finały: US OPEN 2013, Monte Carlo 2014, Rotterdam 2015

Półfinały: Winston-Salem 2012, Roland Garros 2013, Queens 2013, Wimbledon 13-debel, US OPEN 13-debel, Kuala Lumpur 2013


Na górę
 Wyświetl profil  
 
PostZamieszczono: 19 cze 2016, 13:02 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 sie 2011, 16:26
Posty: 8021
Lokalizacja: Bydgoszcz
Fajnie. Przy dobrym losowaniu można wygrać 2-3 mecze.

_________________
MTT.
W:Davis Cup 2010, Monte Carlo 2011, Rzym 2011, Szanghaj 2011, Rotterdam 2012-2013, Brisbane 2015, Montreal 2015, Australian Open 2016, Lyon 2017.
F:Hamburg 2010, Moskwa 2010, Doha 2011, Rotterdam 2011, Sztokholm 2011, Toronto 2012, Winston Salem 2013, Rzym 2014, Sankt Petersburg 2015, Atlanta 2016, Halle 2017, Basel 2017.

Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą!
C'mon!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 309 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 12, 13, 14, 15, 16  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Przejdź do:  
POWERED_BY